Hehetalia

Oto Świat, Panie i Panowie, Panowie i Panie!
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Wrz 05, 2016 10:44 pm

To była głupia wzmianka. Drobny przytyk. Nic szczególnego. Alfred przecież to wiedział. A mimo to na jego twarzy pojawił się cień, a on sam spochmurniał bez ostrzeżenie. Zerknął na Anglię i pociągnął mocno, dopalając w ten sposób szybko papierosa, aż zachciało mu się kaszleć. To nie było mądre, ale Ameryka niczego po sobie nie pokazał. Potrzebował tej chwili, by się opanować. Zrzucił niedopałek na ziemię i wtarł go mocno w błoto. Trochę zbyt mocno, jak na zwykły kawałek peta. Jakby w myślach wcierał tak kogoś innego.
(I zapewne tak było.)
- Nie mówmy o nim – powiedział oschle. Jak nie on. Nie odpowiedział niczego błyskotliwego ani niczego tandetnego. Starł resztki tego tematu i odczekał chwilę.
Dopóki nie zeszli na bardziej neutralne tematy. Dopiero wtedy Ameryka zerknął na Anglię z wcześniejszym błyskiem w oku, a jego twarz rozpogodziła się. Wszystko trwało minutę, nie więcej. Ale coś w powietrzu zawsze mogło zostać.
- No cóż, zawsze możesz powiedzieć, że jeśli i tak się zawiodę, to jakiś rekord niewątpliwie został pobity – zauważył lekko Ameryka.
Co nie było trudne, zwłaszcza, że w jego opinii widział już każdy rodzaj plaży. Kamienisty, skuty lodem, piaszczysty, bagnisty i po prostu brudny (głównie w Nowym Orleanie). Był specjalistą od plaż, grubości ziaren piasku i wszystko, co było z nim związane. Morze nie było wprawdzie jego żywiołem, ale ostatnio wychodzenie na plażę było coraz bardziej popularne. A i kostiumy kobiece zakrywały coraz mniej ciała.
Idealnie.
Z drugiej strony raczej wątpił, by ta moda już nadeszła do Anglii, która zawsze najpierw musiała przeżywać dłuższy okres pruderyjności. Udawać grzeczną, choć tak naprawdę też chciała zaszaleć. W głębi duszy Ameryka uważał, że każdy mniej czy bardziej chce zaszaleć.
Nawet Arthur Kirkland, jak pokazał to dzisiaj.
- Nie jest? – Ameryka zrobił zawiedzioną minę. – A już miałem nadzieję. Cóż. Pewnie zajęłaby nam tylko parę dni, ale to nic. – Uśmiechnął się krzywo. – Kto inny byłby tak dobrym przewodnikiem jak sam naród? Wprawdzie narzekającym, zrzędliwym i sztywnym, ale wciąż przewodnikiem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Wrz 06, 2016 12:16 pm

Zanim Anglia wsiadł do samochodu, spojrzał jeszcze na Amerykę z ukosa.
— Cieszę się, że tak bardzo chciałbyś zwiedzić moje ziemie – powiedział dziwnie. Zastanowił się, ile musi minąć czasu, zanim Stany zrozumie, o czym mówi. O ile zrozumie.
Popołudniem zaczęło się przejaśniać - i jednocześnie ciemnieć. Dziwne widowisko, gdy przez zachmurzenie przedarły się długie pasma światła i skrawki odległego, ciemniejącego nieba. Tuż przed zapadnięciem zmierzchu wiatr osłabł, a świat zapachniał czystością zupełnie tak, jakby nieprzyjazna pogoda wywiała z kraju wszystkie brudy. Choć miało to pewnie związek z tym, że już dawno zostawili za sobą cuchnący Londyn, a Anglia skręcił na wschód i dalej jechał blisko wybrzeża, unikając większych miast. W końcu stwierdził, że najwyższy czas znaleźć nocleg. Zatrzymał się w jednym z miasteczek, którego nazwy w ogóle nie pamiętał, ale którego sieć wąskich ulic uprzejmie poprowadziła go pod drzwi otwartej wieczorem nadmorskiej restauracji. Na jej widok Anglia zaczął sobie przypominać (choć może tylko mu się wydawało, że pamięta), że coś kojarzy.
Po długiej jeździe Anglię bolało właściwie całe ciało, choć głównie kark. Zmęczenie sprawiało, że jego ciało wydawało mu się cięższe i trudniejsze do kontrolowania, a głód, cóż, nie warto było wspominać o głodzie. Na samą myśl o restauracji coś w nim skręcało się z bolesnej, żałosnej potrzeby. Wiedział, że jej nie wypełni, ale stwierdził, że tym razem do diabła z rozsądkiem. Dość się ostatnio ograniczał, dosyć się kontrolował. Dzisiaj zmarnuje pieniądze i jedzenie. Nikomu nic do tego.
W środku restauracja okazała się jedną z tych, w których lepiej jest nosić garnitur i ładnie wyglądać. Anglia wyglądał jakby nie przespał miesiąca, ale garnitur miał w dobrym stanie, więc, powiedział sobie, że nadrobi tym za Amerykę i jego amerykańskość.
Dostali stolik z widokiem na kamienistą plażę i morze. Zachód słońca był dziś ciekawą mieszaniną ciemnozłotych promieni, burzowych chmur, niebieskiej szarości, pomarańczy i plam chłodnego różu – jakby jakiś malarz przypadkiem wylał na płachtę wszystkie swoje farby. Zdawało się też, że we wnętrzu restauracji zebrała się połowa małego miasteczka, a w ogólnym szumie rozmów i stukania sztućców o talerze dało się odczuć jakieś takie podekscytowanie. Anglia wiedział, że chodzi o królową Elżbietę. Atmosfera sprawiała, ze to miejsce mogłoby być jakąś wielowiejską restauracją i to w lepszych czasach, a to właśnie dlatego, że dziś ludzie świętowali. Ciekawe, czy jemu pozwoliliby chociaż zostać na przyjęciu, czy wprowadziliby go na chwilę przed oblicze królowej gdzieś w środku nocy, jak skazańca albo wstyd.
Odetchnął, zajmując miejsce naprzeciwko Ameryki. Przypatrywał mu się przez chwilę, a później nagle zmarszczył brwi.
— O – stwierdził w końcu. – Teraz już wiem. Za tym miastem jest jedna z moich pierwszych plaż przeznaczonych dla naturystów. A ty co, Ameryko, dalej się tego wstydzisz? – uśmiechnął się pod nosem. Wciąż pamiętał swoje własne zdziwienie, gdy dowiedział się, że, ze wszystkich krajów pod słońcem to Ameryka miał opory, gdy ludziom przyszło do głowy, że chcieliby opalać się nago. Jemu nie przeszkadzało to aż tak nawet po wojnie. Po śmierci królowej Wiktorii mógł w jakiś sposób odetchnąć i wrócić do hołdowania czystemu rozsądkowi. Jeśli jacyś ludzie nie mieli w sobie żadnego wstydu, to chyba lepiej było, by zbierali się w miejscu, gdzie nie uczynią nikomu wstydu swoją nagością. Angielskie wybrzeże było długie i różnorodne, więc parę plaż dla nudystów nigdy nie sprawiało Anglii zbytniego kłopotu. Przynajmniej ci ludzie zbierali się w jednym miejscu, a, gdy sam odwiedził taką plażę, czuł się nawet całkiem zabawnie. Często wtedy myślał o oporach Ameryki przed czymś, co wcale nie było takie straszne.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Wrz 06, 2016 8:00 pm

Minęły dokładnie cztery godziny, dwadzieścia osiem minut, czterdzieści siedem sekund. Po tym okresie Alfred gwałtownie zakrztusił się, zasłonił usta i odwrócił twarz w stronę okna, udając, że to tylko wypadek przy pracy.
Anglia pewnie i tak wiedział, ale Ameryka wolał wierzyć, że nic takiego nie miało miejsca.
Pomagał mu w tym rozmiar jego ego.

Ameryka nigdy dotąd nie był na angielskim wybrzeżu. Nigdy nie miał okazji, powodu, a przede wszystkim relacji. Chęci też nie miał, ale to była drugorzędna sprawa. Nie zawsze liczył się widok. Czasami… Sam nie wiedział. Dzisiaj naprawdę mu to nie przeszkadzało. Dzisiaj mógł nawet polubić te małe, ciasne plaże, o brudno-szarym piasku, wiecznie zachmurzonym niebie i niskich klifach, które wrzynały się w morze z angielską upartością. Były niepozorne, skromne i, cóż, tak. Nie umywały się do amerykańskich plaż. Ale dzisiaj wystarczyły Ameryce. Był zmęczony, senny, ale zadowolony całym dzisiejszym dniem.
Nadal jednak był dość trzeźwy, by parsknął zduszonym śmiechem, gdy zobaczył Anglię w swoim żywiole – garniturem na każdą okazję, doskonale dopasowanym do sztywnego, eleganckiego wnętrza restauracji. Ameryka naturalnie nie zamierzał przejmować się swoimi dżinsami i koszulką. Anglia powinien się ciszyć, że nie miał do tego kowbojskich butów.
A mógł.
Alfred zerknął na widok za oknem, który przypominał jeden z tych impresjonistycznych obrazów, którymi Ameryka nigdy nie umiał się zachwycać. Mocne maźnięcia różami, czerwieniami i pomarańczami, czające się w morzu granatu i skradającego się za ich plecami półmroku. Całość okraszona nawet teraz widoczną szarością. Angielska szarość wszystko brała w swe imperialne posiadanie. W tym wypadku odznaczała się głównie na żwirowato-kamienistej plaży, która dopełniała cały krajobraz.
Spojrzenie Ameryki uciekło w stronę Arthura. Dostrzegł jego zamyślony wyraz twarzy. Zastanowił się.
- Nadal o tym myślisz? – spytał zdawkowo mniej więcej w tej samej chwili, w której Anglia zahaczył o zgoła inny temat.
Znacznie mniej dramatyczny czy smętny, ale w sumie cholernie poważny.
Ameryka znowu się zakrztusił, zaróżowił i ogólnie spojrzał na Anglię z mieszaniną niedowierzania i zażenowania. Oczywiście drugą osobą a nie sobą.
Jakby śmiał sobą.
- Anglio, naprawdę nie masz o czym myśleć – parsknął. – Nie każdy musi, khm, lubić oglądać takie rzeczy, nie? Wolność i te sprawy. Nagość nie jest… Moim nadrzędnym celem. A-ale, do twojej wiadomości, mamy już takie plaże. – Zadarł dumnie nos. Po czym przypomniał sobie, że jest dumny z prawa do gołych pośladków, więc raptownie spuścił głowę. – Nigdy nie zrozumiem, co z wami Europejczykami jest nie tak.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Wrz 06, 2016 8:54 pm

— Każdego dnia i każdej nocy – odparł z powagą Anglia. Powiódł spojrzeniem po wnętrzu restauracji. Podekscytowanie ludzi dawało mu małe szanse na zaśnięcie tej nocy. Poprzedniej też prawie nie zmrużył oka. Wprawdzie, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miał zdrowy sen. Na dodatek zewsząd dobiegał go zapach ciepłego jedzenia. W brzuchu mu zaburczało, szczęśliwie nie była to cisza samochodu, więc usłyszał to najwyżej Ameryka.
To nie był pierwszy raz, więc Anglia nie okazał cienia zakłopotania. Właściwie to nawet jego powściągliwość była mniej powściągliwa niż normalnie. Siedział luźniej, zerkał na Amerykę bardziej otwarcie i uśmiechał się pod nosem, zwykle krzywo i jakby z irytacją, a czasem cynicznie. Odkąd zwierzył się Ameryce ze swojego upokorzenia, nie wspomniał już drugi raz o swoich prywatnych bolączkach. Zachowywał się, jakby naprawdę wiózł Amerykę na wycieczkę. Albo na spotkanie z plutonem egzekucyjnym, co mogłoby wyjaśniać te momenty, kiedy niespodziewanie nabierał energii i odległego, zdystansowanego humoru.
— Och, bo prawo do nagości i walczenia z upałem na plaży nie ma niczego wspólnego z wolnością – zgodził się przesadzonym tonem, którym dorośli zwracają się do dzieci i zwierząt domowych. – Przyznaj, że w tamtej sprawie zaplątałeś we własną pułapkę. Ludzie zawsze wolą rozbierać się o centymetr bardziej niż akurat stanowi prawo, a ty po prostu uparłeś się przy swojej opinii.
Parsknął, słysząc o plażach, jakby dając do zrozumienia, że to nic nie znaczy. Widział, że Ameryka reaguje na ten temat zakłopotaniem, co było oczywistym znakiem na to, że wciąż ma w tej kwestii problemy. Anglia uważał, że to rozkoszne. W ten ironiczny sposób.
No dobrze, może też w normalny sposób.
Ameryka był po prostu dziecinnym małym egoistą, który lubił usprawiedliwiać się na wszelkie sposoby. A w sprawie nudyzmu od początku było wiadomo, że żadna - nomen omen - zasłona, nie będzie wystarczająco skuteczna. Zakrywając ciała innych ludzi, Ameryka odkrywał małą część swojej prawdziwej twarzy. I gdzieś w głębi duszy o tym wiedział.
Tak, Anglia mógłby wymyślić wiele sucharów o tej sprawie.
Rosnąca rozbawienie w jego oczach równało się zagrożeniu, że zaraz zacznie wyśmiewać się z Ameryki tak, jak Stany zawsze wyśmiewał się z niego. Jednak w tym momencie kelner przyniósł im dwie karty, co sprawiło, że Anglia zmienił obiekt zainteresowania. Spuścił wzrok z twarzy Ameryki na menu.
Dania główne były napisane po ludzku, ale już część win i deserów składała się z fantazyjnie pompatycznych francuskich i, okazjonalnie włoskich, nazw.
— Ja też nie mam pojęcia – odparł, czytając kartę. Łaskawie założył, że "z wami" w kontekście Europy było przejęzyczeniem ze strony Ameryki. Anglia wolałby jeszcze dziś oddać wszystko łącznie ze Szkocją i Walią, Związkowi Radzieckiemu, niż pozwolić, by, ot tak, zarównywano go z resztą Europy.
— Ostatnio Francis założył tą całą...  Międzynarodową federację zrzeszającą nudystów, czy coś podobnego. Z tej okazji zapraszał mnie na plażę. – Patrzył niewidzącym wzrokiem na spis dań głównych.
Po kilku chwilach drgnął leciutko i zacisnął mocno wargi.
— No dobrze – zdecydował nagle. – Jeszcze chwila tego tematu i przestanę być głodny. Zdecydowałeś się na coś?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Wrz 06, 2016 11:00 pm

Odpowiedź Anglii przekorna lub złośliwa, zależnie jak się na to patrzyło, sprawiła, że Ameryka posłał mu przydługie spojrzenie i parsknął cicho. Oczywiście. Nie zapytał dlatego, że się martwił. Pewnie chciał go wykpić. Czy coś. Zażartować, że staruszek naprawdę nie ma nic lepszego do roboty. O, o! To brzmiało dobrze.
Tylko wtedy staruszek zszedł na tematy związane z nudystami i Ameryka wbił w niego pusty wzrok.
Och.
Teraz tym bardziej wcale i w ogóle się nie martwił.
Ameryka machnął niedbale ręką, jakby chciał zbyć słowa Anglii jednym, prostym gestem. Wyraźnie przyjął na twarz wyraz niecierpliwości, by jeszcze mocniej podkreślić, jak bezsensowne – w jego opinii, są zarzuty Anglii.
- Wolność jednostki kończy się tam, gdy zaczyna się wolność drugiej osoby. Kompromis. Kompromisem są szorty, tak? Przecież nie ma już obowiązku zakładania koszulki. – Wyrzucił ręce do góry. Ekspresywny jak zawsze, zwłaszcza, gdy im więcej się denerwował lub gdy im bardziej chciał przekonać rozmówcę do własnej racji.
Która naturalnie była racją jedyną słuszną.
- To nie jest zła opinia. Każda plaża ma inne prawo, więc każdy znajdzie coś dla siebie, tak? Dzięki temu każdy ma swoją cząstkę wolności – stwierdził.
Dzięki temu każdy stan decydował o broni, karze śmierci i innych szczegółach. Wszystko w imię wolności.
(I braku jęczących głosów na głowie. Gdy ktoś miał 324 milionów mieszkańców trudno było o jednomyślność, prawda? 54 milionowa Anglia nie miała do tego porównania, a on nie był ZSRR by narzucać innym jednomyślność. Ha. Właśnie. Był lepszy!)
- Hmph – mruknął Ameryka na angielskie parsknięcie. Zmrużył oczy.
Nie powiedział jednak niczego więcej. Ich jakże istotną rozmowę przerwał kelner z parą eleganckich menu w dłoni. Alfred wziął jedno z nich i niewiele robiąc sobie z opcjonalnej etykiety, rozsiadł się wygodniej, zsuwając się do połowy siedzenia krzesła. Odetchnął.
- To już ten wiek, gdy sam nie wiesz co robisz, co? – Ameryka uśmiechnął się lekko znad karty w stronę Anglii. – Eee… Chyba wezmę coś normalnego. I frytki. Są frytki, nie? – Ameryka zaczął przekartkowywać menu. – I jakieś ciemne piwo. Tylko, Jezu, byle nie ciepłe. O, albo whiskey. Może whiskey? – Zawahał się.
Mówił bardziej do siebie niż do Anglii, ale Ameryka często wyrażał swoje myśli na głos.
(Czasami, przynajmniej ostatnio, nawet o tym nie wiedział.)
- Nie zgodziłeś się? – Ameryka uniósł brwi. – Cóż to za marnotrawstwo – stwierdził zgryźliwie. – Brzmi jak cudowna zabawa. Taka europejska. – Przekrzywił głowę. – Nie wiem. Chcę mięso. Karkówkę, o. Dawno nie jadłem dobrego befsztyku.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Wrz 07, 2016 1:23 pm

Anglia uniósł brwi jakby usłyszał coś niezwykłego.
— Nie dla nudystów – zakpił. – Ani purystów. Ale zwłaszcza nie dla Amerykanów. O ile mi wiadomo, całe wasze życie polega na kombinowaniu, jak by tu sobie najbardziej dogodzić.
Podniósł na chwilę wzrok i uśmiechnął się do Ameryki. To dopiero było nadzwyczajne, choć on nie wyglądał, jakby specjalnie przejął się roztopami swojej lodowatej aury. Po chwili znowu spuścił wzrok na kartę dań. Ceny były wysokie, a fantazyjne francuskie nazwy przy prostych daniach sugerowały, że posiłek będzie raczej przeciętny. To drugie mu nie przeszkadzało. Chciał po prostu już coś zjeść i zapewnić wyżywienie nieskończonej próżni, którą Stany nazywał swoim żołądkiem.
— Nie myl wysp z Europą, chłopcze – mruknął niewzruszony. – Zawsze żałowałem, że oni też tutaj są, choć wiem, że mogłem trafić znacznie gorzej. Na przykład mieszkać na ich kontynencie.
Przez chwilę wydawał się autentycznie rozważać okropieństwa jednej wizji i cieszyć swoim własnym szczęściem narodu oddzielonego od reszty paskudnego świata kanałem na tyle szerokim, by nie musieć nikogo wpuszczać i odpowiednio wąskim, by móc wygodnie wpadać na okazjonalne wojny i może po ser i wino.
Ogólnie rzecz biorąc, Anglia uważał, że nie ma powodów do narzekania na Europę tak długo, jak Europa trzyma się na odległość przynajmniej osiemnastu mil.
Otrząsnął się z rozmyślań o okropieństwach po drugiej stronie kanału i zajął się na chwilę milszymi myślami. Wysłuchał, co ma do powiedzenia Ameryka, proponując mu tylko, że mogliby zamówić wino zamiast whiskey. Sam złożył zamówienie, gdy przyszedł kelner: na początek dwie kremowe zupy, na drugie danie stek z frytkami dla Ameryki, a dla siebie filet ze strzępiela z marchewką oraz zielonym groszkiem (i frytkami). Na deser wziął karmelowy pudding dla siebie, sernik i bezy dla Ameryki. Po złożeniu zamówienia poczuł się dziwnie zuchwale i po chwili doszło do niego, że to dlatego, bo po raz pierwszy od zakończenia wojny poszedł samodzielnie do jakiejś restauracji i to nie w celach politycznych.  
Ledwo kelner odszedł, a następny przyniósł im sztućce, zestaw przypraw i cztery małe bułeczki w wiklinowym koszyku. Anglia przełknął ślinę i z niejakim trudem skupił się na słowach Ameryki. Szczęśliwie wspomnienie Francji zawsze powodowało w nim chęć mordu, która skutecznie odwracała jego uwagę od głodu i wszystkich nie powodujących śmierci ran. Uśmiechnął się krótko pod nosem.
— Cóż – stwierdził i na sekundę wydawał się jednocześnie zakłopotany i rozbawiony. – Powiedziałem mu, w jakim czasie mogę zmobilizować marynarkę wojenną i stwierdziłem, że mogę wpaść razem z nimi. Odpowiedział... Ach, nieważne, co odpowiedział Francja. – Anglia wzruszył ramionami, jakby obawiając się nieco, że ktoś może posądzić o to, że go to obchodzi.
— Więc jakie cudowne rozrywki macie teraz w Stanach?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Wrz 08, 2016 1:37 am

- No i? To chyba nie jest zły cel w życiu. Dzięki temu żyje się lepiej. Amerykański sen, Anglio, nie jest tylko snem – uściślił Ameryka i uśmiechnął się szeroko, najwyraźniej szczerze przekonany o prawdziwości tego stwierdzenia. Mimo to na Arthura spojrzał już spod lekko przymrużonych powiek, oczekując wszystkiego co najgorsze w odpowiedzi.
Wiedział, że Anglia nigdy nie uwierzy czy nie doceni jego sukcesów. Przywykł już do tego. Mógł robić wszystko, a i tak czuł, że Anglia w odpowiedzi umie się tylko krzywić i krytykować. Nie, żeby Ameryce zależało na jego aprobacie, ale byłaby miłą odmianą. Gdyby Anglia uśmiechał się częściej.
Takim uśmiechem jak teraz. Ameryce naprawdę spodobał się ten uśmiech. Był prosty, krótki, przelotny. Ale był też po prostu ładny. Ameryka chętnie oglądałby go częściej.
Bo po prostu miał taki kaprys, oczywiście.
- Ale przecież Anglia leży w Europie. – Ameryka uśmiechnął się jak wcielenie nieświadomej niewinności, choć doskonale zrozumiał aluzję i wiedział, że w pewnym sensie Arthur miał rację.
Nie był do końca Europą, ale z drugiej strony był momentami za bardzo europejski. Mimo to, to właśnie z Anglią – paradoksalnie, najłatwiej było mu się dogadać pod II Wojnie Światowej i to właśnie z jego postępów był najbardziej zadowolony. Może dlatego, że chociaż po części potrafił go zrozumieć. Gdy patrzył na Francję wątpił w ludzkość (choć wino było dobre), a gdy na Niemcy – ziewał ostentacyjnie.
Anglia był wprawdzie sztywny, szorstki i oschły, ale było w nim coś logicznego, co Ameryka pojmował. Nawet pewnego rodzaju podobne schematy myślenia, które dzielili i które stawiały przed nimi podobny cel.
Jego żołądek zaburczał cicho na sam dźwięk wymawianych nazw potraw, które Anglia zamówił dla nich obu. Alfred przełknął ślinę, która napłynęła mu do ust i uśmiechnął się z zadowoleniem.
(W tej samej sekundzie, w której kelner odszedł od stołu, już stał się zniecierpliwiony, że jedzenie się nie pojawia.)
Zastukał palcami w blat.
- Racja. Nie ważne. Choć wizja go uciekającego na golasa przed twoją armię przemawia niepokojąco do wyobraźni. – Alfred parsknął.
Cień niepokoju, że Anglia jednak poszedłby na taką plażę z Francją rozwiał się i zniknął.
- Hm? O, dużo. Bardzo dużo. Pokażę ci, gdy do mnie przyjedziesz. Może nawet pozwolę ci zerknąć na prace nad robotami. – Oczy Ameryki błysnęły lekko. Pochylił się nad stołem w stronę Anglii i zniżył znacząco głos. – Jeszcze nie mamy na to nazwy, ale to może być coś przełomowego. Wyobraź sobie. Myślące maszyny! To byłoby coś, nie? – Mówił coraz szybciej wyraźnie podekscytowany. – Zaczęliśmy nad tym pracować zaledwie trzy lata temu, więc nie posunęliśmy się daleko, ale… - Ameryka wyprostował się dumnie i zadarł wysoko głowę. - …to na pewno tylko kwestia czasu! O. I jak będziemy u mnie to pokażę ci prace Pollocka! Są świe-tne! Gość jest niesamowity.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Wrz 08, 2016 11:37 am

On nie ma nawet dwustu lat, pomyślał Anglia, gdy już chciał coś dodać. Po tej myśli uznał, że musi dać chłopakowi czas na to, by przeżył własne rozczarowania i zdał sobie sprawę, że każdy sen o potędze to tylko tyle – sen.
Przypatrywał się Ameryce odrobinę zbyt długo,
— Twoim ludziom faktycznie żyje się lepiej niż kiedykolwiek – oświadczył po chwili. Nie takim tonem, jakby się poddawał, ale takim, jakby dokładnie ważył słowa. – Wiem, że zależy ci na ich dobrze – westchnął. – I, że nie masz zamiaru mnie słuchać, dlatego oszczędzę ci próby wytłumaczenia, dlaczego w zbyt dużej dawce wszystko jest trucizną. Może zrozumiesz to z czasem, Jones. Ale jeśli nie będziesz musiał, to tym lepiej dla ciebie.
Popatrzył na cztery bułki w koszyku. Nie wypadało zjeść już teraz, zwłaszcza, że zupy, które miano im przynieść, nadawały się idealnie do moczenia w nich pieczywa. Anglia był jednak tak głodny, że z czystą przyjemnością zjadłby cały chleb, a później jeszcze wiklinowy koszyczek. Znów musiał użyć swoich pokładów silnej woli i zebrać swoje rozproszone myśli. Ostatecznie, wcale nie miał wielkiej ochoty na prawienie Ameryce kazań. Zawsze, gdy robił to, co Stany nazywał narzekaniem, chciał po prostu pomóc. Był w końcu starszy, mądrzejszy i znacznie bardziej doświadczony. Jego osiągnięcie nieustannie potwierdzały, że widzi świat we właściwym świetle i podejmuje wiele słusznych decyzji. A jednak nikt nigdy nie chciał go słuchać.
— Na swoje nieszczęście Anglia leży w pobliżu Europy. Już dawno odpłynęłaby, gdyby mogła. – Znów musiał odwrócił wzrok od bułek. Zamiast tego przesunął spojrzeniem najpierw po twarzy Ameryki, a potem utkwił je w widoku za oknem. Słońce właśnie zaszło, ale miał minąć jeszcze dłuższy moment, zanim resztki dnia rozpłynął się w powietrzu. Morze już wyglądało na bardziej czarne niż niebieskie. Anglia uśmiechnął się lekko, jakby właśnie przypadkiem natrafił na zdjęcie z bliżej nieokreślonych wakacji. Czasem, w momentach, w których szczerze gardził resztą świata, miał wrażenie, że morze jest jego najstarszym i jedynym prawdziwym przyjacielem. Jeśli czegoś zazdrościł Ameryce, to jego możliwości odizolowania się od problemów reszty świata... Czyli właściwie tego, z czego sam go wyciągnął.
— Wizja? – zapytał powątpiewająco i sugestywnie. Jakby ktoś całkiem omyłkowo wziął jakąś prawdziwą historię za fabułę książki albo serialu.
Anglia pociągnął to z rozbawieniem, ale w rzeczywistości wróciła do niego myśl, że każdy z nich inaczej radzi sobie ze zmianami. Niektórzy starali się odnajdywać w nowej rzeczywistości, inni odpoczywali i lizali rany. Wiedział, że w Europie narody spotykają się znacznie częściej, niż kiedykolwiek i, że próbują robić razem różne, choćby i głupie rzeczy. Tak, jakby wszyscy zmęczyli się wojnami i próbowali uwierzyć, że mogą stać się teraz przyjaciółmi.
Raz albo dwa dostał od nich zaproszenia na tego typu spotkania i to zarówno na szczeblu politycznym jak i pół oficjalnym. Poszedł raz, ale ani wtedy, ani za żadnym innym razem, nie czuł się, jakby był oczekiwanym gościem, albo jakby sam oczekiwał tych spotkań. Z uprzejmości i, by nie wyjść na przegranego, wytrzymał jakiś czas, zanim wychodził. Później jednak postanowił, że nie będzie ruszał się ze swojej wyspy i brał udziału w tej irytującej pantominie, jaką Europejczycy nazywali integracją  Nie chciał ich, a oni nie chcieli jego. Koniec, kropka. Tak powinno być.
Więc słowa Ameryki były tym zabawniejsze, im dobitniejszy był fakt, że Anglia nie należał do Europy. Nigdy nie był i nie będzie jednym z nich.
Samotne wyspy miały swoją dumę, ale za to pusty kalendarz spotkań towarzyskich. Francja uwielbiał go za to wyśmiewać, wytykać to, co myśleli o nim wszyscy inni. Anglia zawsze był dziwakiem, samotnikiem, kimś, kto, nawet, jeśli próbował, nie potrafił się dopasować do innych i teraz...
Anglia spojrzał na Amerykę, który opowiadał coś żywo, a to jego niebieskie, zarozumiałe spojrzenie wydawało się mocno skupiać na którymś z kolejnych cudownych planów zmienienia świata na lepszy. Miał ten wzrok, odkąd Anglia pamiętał.
— Och. Rzeczywiście. W Stanach przydałby się obecność czegoś myślącego. Tak dla odmiany. – Anglia uśmiechnął się szyderczo. To uczucie w jego żołądku to mógł być chorobliwy głód, ale istniała też jakaś nikła szansa, że poczuł cień rozczulenia. – Może moglibyśmy prowadzić rozmowy na oficjalnym szczeblu na sensownym poziomie.
Nie było w tym złośliwości; gdyby Ameryka się kiedykolwiek zastanowił, odkryłby, że Anglia prawie nigdy nie krytykuje go w taki sposób, by go zranić.
Ale cóż, żeby się zastanowić, potrzebowałby najpierw swojej myślącej maszyny.
— Gdy będziemy u ciebie?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Wrz 08, 2016 1:46 pm

Ameryka spojrzał przenikliwie na Anglię, zmrużył oczy i przyjrzał mu się. Nie był zirytowany. Słowa drugiego kraju przetrawił w ciągu kilku kolejnych sekund, jakby faktycznie oddał aż tyle swojego cennego czasu, by się nad nimi zastanowić. Potem skinął powoli głową.
- Rozumiem – powiedział tylko. – Wiesz, wydaje mi się, że nie masz do końca racji. Dobrze jest mieć ambicję i sięgać po więcej. To napędza świat, motywuje do dalszej pracy. Przeżyłem już kryzys, Anglio. Nie zapomnę go, ale to nie znaczy, że zatrzymam się i uznam, że nie warto przeć naprzód. Moi ludzie zasługują na wszystko co najlepsze i zamierzam im to dać.
Bułki także go kusiły, choć z innych powodów niż Anglie. On po prostu lubił jeść. Sprawiało mu to przyjemność i było odruchem, zwłaszcza przy nudnych spotkaniach. Ameryka miał problemy z koncentracją i często musiał robić sto rzeczy na raz. Rysować na marginesach notesu, mówić do kogoś, słuchać ważnego przemówienia i podjadać. Wszystko to stymulowało go i sprawiało, że nie tracił zainteresowania i nie odpływał. Ale mało osób rozumiało, że nie umie inaczej.
Dla większości było to po prostu niegrzeczne.
- Kto wie, może kiedyś wynajdziemy taką technologię. Dam ci wtedy znać i będziesz mógł z czystym sumieniem przenieść się na środek Atlantyku. – Ameryka wystawił Anglii język. – Będziesz drugimi Hawajami.
Ameryka splótł dłonie i oparł na nich brodę. Jego spojrzenie tylko na krótką chwilę uciekło w stronę okna i odmalowującego się za nim, nostalgicznego widoku. Swoje lata dzieciństwa Ameryka spędził na brzegu oceanu, pamiętał to wyraźnie. Nigdy nie mógł go przekraczać i z taką świadomością żył tak długo, że wydawało mu się to jedyną słuszną prawdą. Za oceanem nie ma nic. Złe, kłótliwe narody. Mówił to Anglia, mówili to – potem – jego przywódcy. Stąd woda nie frapowała go przesadnie. Istniała, ale była też pewnego rodzaju bezpieczną granicą. Dzięki temu mógł czuć, że nie należy do Europy. Nie jest częścią ich problemów.
Istnieje ponad nimi.
(W pewnym sensie.)
Uśmiechnął się do własnych myśli i wrócił spojrzeniem do Anglii.
- Widzę, że wracasz do formy. Dobrze to słyszeć, Anglio – odparł na przytyk starszego kraju. Nawet parsknął śmiechem, w ogóle nie przejęty możliwą obrazą. – Nie martw się, Wielkiej Brytanii też takiego sprawię, żebyś nie czuł się pozostawiony w tyle. – Mrugnął do niego.
A potem uśmiechnął się szeroko, promiennie. Jak to ciągle robił. Aż dziw brał, że nie bolały go mięśnie szczęki.
- Gdy będziemy u mnie. Och, powiedzmy, jakaś nudna wizyta dyplomatyczna w Nowym Jorku. Nie uciekniesz od nich, Anglio. Churchill o to zadba. Wystarczy, że szepnę mu słowo i znajdziesz się przywiązany do fotela służbowego samolotu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Wrz 08, 2016 5:36 pm

Dopiero po pierwszych paru słowach Anglia zdał sobie sprawę, że Ameryka odpowiada mu poważnie. Pomimo zmęczenia ożywił się i skupił na Stanach badawczy wzrok niczym ptasiarz który po godzinach wyczekiwania dostrzega w dżungli przebłysk turkusowych piór. Czyżby tam, pomiędzy liśćmi bananowca kryła się legendarna zdolność Ameryki do prowadzenia poważnych dyskusji?
— Mógłbym ci teraz zaklaskać, Jones – powiedział bardzo poważnym tonem. I przy okazji nacisnął leciutko na ludzkie nazwisko Ameryki, by przypomnieć mu, że w miejscach publicznych nazywają siebie inaczej. – Bardzo ładna przemowa.
Potem posłał mu spojrzenie sugerujące, co sądzi o byciu określonym jako drugie Hawaje. Z drugiej strony, gdyby faktycznie mógł wyprowadzić się na środek Atlantyku... Cóż, to z daleka od Ameryki. W obecnych czasach niebezpiecznie było być sąsiadem Stanów gdzieś tak na odległość całej cholernej planety.
— Chyba już lepiej sąsiadować z Francją, niż być amerykańską kolonią. – Po raz kolejny nie bał się zaznaczyć, co uważa o działaniach Ameryki na świecie. Stany mógł mówić i uważać, co chciał, ale Anglia był pewien, że rozpozna aspirujące imperium, gdy je przed sobą zobaczy. Czekał też na dzień, w którym uda mu się sprowokować chłopaka na tyle, że ten przyzna się przed nim albo przed samym sobą, czym jest.
— Ale daj mi znać, gdy stworzysz te wszystkie genialne wynalazki. Możemy pójść wtedy w drugim kierunku i wyślemy naszych wrogów na Marsa.
Anglia przeczuwał, że tym razem mógł nieco przesadzić. Ameryka źle reagował na nazywanie go imperium i na jakiekolwiek wspomnienie Związku Radzieckiego i wszystkiego, co miało z nim związek. Reszta tematów spływała po nim jak po kaczce.
Obdarzył ironicznym spojrzeniem uśmiech Ameryki. Takie pobłażliwe miny dawały mu swobodność, by patrzeć na radość Stanów bez wzbudzania podejrzeń, że ten uśmiech albo żywe spojrzenie w jakiś sposób go chwytają.
Bo nie chwytały.
Parsknął pod nosem.
— Kto powiedział, że Churchill będzie mnie musiał zmuszać kogokolwiek do czegokolwiek?
Odchylił się w miejscu i przez chwilę, z nieodgadnioną miną, trawił fakt, że Ameryka chciał, by między nimi były jakieś "następne razy". Anglia nie potrzebował już ani jednego dowodu więcej na to, że świat się zmienił. Miał ochotę zapalić.
— Mogę przyjechać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Wrz 08, 2016 8:02 pm

Ameryka nie przejął się reakcją Anglii. Ludzie mogli nie wierzyć, mogli poddawać pod wątpliwość jego decyzje. Ale póki co nic, co nie robił Stany, nie okazywało się – na dłuższą metę – słuszne i właściwe. Nie mniej kpiąco musiałaby Europa patrzeć na optymizm i wiarę, z jaką ludzie wyruszali na zachód Stanów. A prawda była taka, że gdyby wtedy nie towarzyszyła im wiara w amerykański sen, kto wie, jak mogłyby potoczyć się losy tamtego regionu. A tak? Dzisiaj Stany Zjednoczone Ameryki rozciągały się od Atlantyku po Pacyfik właśnie dlatego. Ten sam amerykański optymizm, który tak bawił europejczyków, był przyczyną wszystkich jego sukcesów.
Bo czasami po prostu podejmowało się ryzyko, nie patrząc na „rozsądne opinie innych”.
- Dziękuję – powiedział więc tylko i skłonił teatralnie głową. Jego oczy błysnęły wyzywająco, sugerując Anglii, że jeśli chce – może coś powiedzieć.
Ameryka z przyjemnością zbije jego argumenty.
(Był bardzo pewny siebie.)
- Hawaje nie są moją kolonią. Są prawowitym stanem z tymi samymi przywilejami – uściślił Stany, mrużąc oczy, gdy temat ich rozmowy zaczął oscylować w okolicy niebezpiecznych tematów. – Skoro mówimy o koloniach – popatrz na Filipiny. Wyzwoliłem je od Hiszpanii i dałem im niepodległość zaraz po wojnie. A ty? – Uniósł brwi i uśmiechnął się znacząco – krzywo i pobłażliwie.
Nie był kolonizatorem. Uznanie go za jednego z takich europejskich imperiów uważał za bardzo nietaktowne.
Obraźliwe wręcz.
Był od nich lepszy.
Roześmiał się, ale był to trochę cierpki śmiech.
- Po co Mars, skoro mamy Księżyc? I na razie to on mnie interesuje – uściślił. – A już wkrótce… Kto wie? On ostatnio bardzo interesuje się wystrzeleniem się w kosmos – zauważył niby mimochodem. – Chyba nie powinniśmy pozwolić na to, by zrobił to pierwszy. W końcu – znamy już całą ziemią. Może Mars, może Księżyc to faktycznie nasze alternatywy? Kto wie. – Zmrużył oczy. Uśmiech na jego twarzy znowu przyjął ten charakterystyczny, drapieżny wygląd.
Jak zawsze, gdy Ameryka coś planował. Coś, co miało znamiona rywalizacji, jego korzyści i… Cóż. Musiał wyglądać identycznie planując atak na Kanadę w 1812 lub wojnę z Meksykiem po aneksji Teksasu.
- Ha! – oznajmił triumfalnie Ameryka. – Widzisz? – spytał retorycznie. – Cóż, pokażę ci jak wygląda Nowy Jork. Byłeś już na Empire State Building? Nie pamiętam… - urwał i roześmiał się. – Nawet jeśli, to pójdziesz jeszcze raz.
Ameryka miał ambitny plan pokazać Anglii czemu Stany są cudowne.
(Wcale nie: czemu on jest wspaniały.)

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Wrz 08, 2016 9:16 pm

— A ja nie przypominam sobie, żebym ostatnio wyzwalał jakieś Filipiny od Hiszpanii – zbagatelizował, uśmiechając się przy tym tak, że brakowało mu tylko kieliszka wina w dłoni i kota na kolanach. Zdystansowany do sytuacji dupek. Jak dupek, który od lat nie przespał w pełni żadnej nocy i prawdopodobnie zaczynał mieć dość ludzi w bardzo niebezpieczny sposób.
Sam poruszył ten temat, ale nie zamierzał go teraz drążyć. Nie, dopóki Ameryka pewnego dnia nie przyzna przed sobą, że jest kolonistą. Być może nowocześniejszym od poprzednich, ale wciąż był jednym z głodnych władzy, dążących do potęgi narodów, którym wiecznie będzie za mało. Kimś takim jak Rosja, ale Amerykę dało się jeszcze jakoś kontrolować, a Związek Radziecki w każdej chwili mógł zdecydować, że znudziła mu się zabawa w nieskażoną zagładą nuklearną planetę.
Ale to nie był dzień do martwienia się o takie sprawy. Kiedy Anglia patrzył, jak Ameryka opowiada o czymś z ożywieniem, to nie widział w nim atomowego potwora, którym czasem bywał. Przynajmniej byli tutaj, mieli dostać ciepły posiłek, a on nie przestał być duchem tego narodu tylko dlatego, że rząd wolał emitować w telewizji uroczystość, zamiast pozwolić mu wziąć w niej udział. Mogło być gorzej.
Choć przychodziło mu na myśl właściwie tylko "grzyb atomowy na horyzoncie" gorzej.
— Tak, słyszałem, że teraz zaczęliście kłócić się o księżyc. Czasem jestem prawie ciekaw, jak wyglądają wasze rozmowy.
Przyjrzał się Ameryce uważnie i nagle uśmiechnął się pod nosem.
— Wiesz, wyglądasz teraz zupełnie jak wtedy, gdy planowałeś wkraść cię na mój statek i myślałeś, że cię nie zauważę – stwierdził z pewnym rozczuleniem. – Co oznacza, że coś kombinujesz. Nie możesz myśleć poważnie o księżycu tylko dlatego, że on ci tak powiedział, prawda?
Urwał, bo zapracowany kelner przyniósł im w końcu (po dłuższej chwili) zieloną i gęstą zupy. Wyglądała przeciętnie, ale półmiski były głębokie.
Anglia zdał sobie sprawę, że na chwilę zapomniał o bułkach. Teraz w końcu mógł po nie sięgnąć i zrobił to z chęcią.
— Widziałem to. I Nowy Jork też. Ma swoje zalety, ale ogólnie rzecz biorąc, to duże miasto jak każde inne.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 1:07 am

- Możesz wyzwolić inne kraje – przypomniał Anglii Ameryka i uśmiechnął się przekornie, bo doskonale wiedział, że niczego to nie zmieni.
Arthur wiedział swoje.
Ale Ameryka też widział wystarczająco wiele, by rozumieć, że stary świat rozpada się na ich oczach. Wszystko było kwestią czasu i czy Anglia tego chciał czy nie, nawet jego imperium nie wytrzyma dłużej naporu globalizacji i informacji. A informacja potrafiła być niesamowitą bronią, gdy ktoś umiał z niej korzystać. Problem polegał na tym, że Anglia miał zbyt wiele na głowie, by kontrolować informacje tak jak to robili oni. Ameryka i ZSRR. A skoro Anglia nie kontrolował tego, co przepływało swobodnym kanałem informacji – ludzie w koloniach dowiadywali się więcej o wszystkim.
I chcieli wolności, naturalna kolej rzeczy.
- Zazwyczaj ledwo się powstrzymuję by nie chlusnąć mu gorącą kawą w twarz. Potem przypominam sobie, że żal mi kawy. – Alfred uśmiechnął się wymownie.
Potem zaś zamrugał i parsknął dziwnie ni to ze śmiechem, ni to z cieniem zażenowania, gdy Anglia zabrzmiał… Cóż. Staro. Głupio. Wszystko na raz. Ameryka przewrócił oczyma i podparł głowę ręką, podczas gdy palcami drugiej dłoni zastukał niecierpliwie w blat.
- Boże, Anglio, ty naprawdę jesteś koszmarnie stary – burknął Alfred. Zacisnął usta w wąską linię i milczał przez chwilę, nie wytrzymał jednak długo w tej ciszy, nawet jeśli chciał dać znać Anglii, że to było naprawdę głupie.
Nie był przecież już dzieckiem.
- Oczywiście, że nie! – zaprzeczył gorliwie i o ton głośniej, gdy już nie mógł się powstrzymać. – Nie potrzebuję jakiegoś idioty, by chcieć zobaczyć w kosmos! Bo czy to nie jest niesamowite? Pomyśl, jak szeroka jest ta przestrzeń, która nas otacza. Ile jest tam miejsc, które można zobaczyć, odkryć. Całkiem innych niż nasza mała planeta. Dotrzeć do gwiazd to coś niesamowitego, ale już nie niemożliwego. Nie w obecnej erze. Naprawdę możemy ich dotknąć! – Ameryka rozmarzył się nieco.
Z tego dziwnego stanu wyrwały go dwie miski, które zostały postawione przed nimi. Ameryka spojrzał z zainteresowaniem na zieloną papkę o gęstej konsystencji. Nigdy jednak nie wybrzydzał w stosunku do jedzenia o ile było go dużo. Jeśli coś umiał zarzucić kuchni innych to właśnie niewielkie porcje, które wprawiały go w irytację. Tutaj jednak zapowiadało się, że dostanie dość posiłku, by z zadowoleniem spędzić resztę wieczora. Nie tracąc więc czasu przystąpił do zmasowanego ataku łyżką oraz bułką na krem groszkowy, który zamówił dla nich Anglia.
- Nowy Jork to coś innego. To miasto przyszłości. Zobaczysz – zapewnił jeszcze Arthura.
A potem zainteresował się czymś znacznie istotniejszym niż rozmowy o polityce, przyszłości i amerykańskim pięknie.
Jedzeniem.
Posiłki faktycznie okazały się zadowalająco syte nawet dla tak bezdennej istoty, jaką był amerykański żołądek. Smak był drugorzędną sprawą, a i tak Alfred nie był w ocenianiu go zbyt dobry. Po prostu coś było i, jak na jego gust, było w porządku. Był najedzony, reszta miała znacznie mniejsze znaczenie.
- Wracając więc do naszego wcześniejszego tematu… - stwierdził, przechodząc przez próg restauracji. – Nowy Jork ma do zaoferowania znacznie więcej niż „tylko” miasta.
Na zewnątrz zdążył już zapaść półmrok, rozświetlany starymi, pnącymi się jak czarne cienie żelaznymi latarniami. Niebo nie było ani czyste, ani przejrzyste – na próżno można było próbować wypatrywać gwiazd, jednak nie padało, a co za tym idzie, pojawiła się mgła, która zdawała się gęstnieć z każdym oddechem. Ameryka rozejrzał się dookoła i zmarszczył brwi.
- Boże, pogoda u ciebie naprawdę potrafi być koszmarna. A chciałem iść nad morze… - Zawahał się. – Chodźmy nad morze – zadecydował.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 10:54 am

Przybycie kelnera z posiłkiem przerwało im początki poważniejszej rozmowy, ale Anglia wciąż myślał o Ameryce i kosmosie w przerwie pomiędzy łyżkami puddingu, na którym zakrzepła karmelowa skorupka, a łykami słodkiej kawy, którą zamówił pod sam koniec. Opinię miał taką, że, z jednej strony, nie chciałby widzieć jak Amerykanie rozpleniają się po tych niezmierzonych pustkach wszechświata, a z drugiej, to wszystko w tym brzmiało bardziej nieprawdopodobnie niż romanse historyczne, które zdarzało mu się czytać, gdy jakaś poważniejsza gorączka przykuwała go do łóżka (głównie dlatego nieprawdopodobne, że często znał osoby z książek i nie sądził, by kiedykolwiek zachowały się w sugerowany przez autorki sposób).
Ale to, co na pewno było prawdziwe, to czysty entuzjazm Ameryki. Anglia pamiętał, gdy myślał i czuł dokładnie to samo, co on. Świat był wielką, niezmierzoną białą plamą czekającą na jego odkrycie. Za każdym rogiem czaiła się tajemnica, na każdej wyspie kryło się złoto. Ziemia wydawała się taka olbrzymia, nieskończona, ale dzięki statkom w końcu mogli ją odkryć.
A teraz Ameryka patrząc w gwiazdy czuł to samo, co on, gdy jako młody naród wbijał wzrok w morski horyzont.
Nawet, jeśli moje miejsce naprawdę nie jest na prowadzeniu, cicha, nieprzyjemna myśl pojawiła się w jego głowie, to na pewno jest przynajmniej u jego boku.
Kiedy wyszli, uderzył w nich silny podmuch wiatru, od którego zaszeleściły okoliczne drzewa, a fale ciemnego morza mocniej uderzyły o brzeg. Anglia odetchnął.
Na języku wciąż czuł ciepły smak jedzenia, ale jego żołądek wydawał się być w dokładnie takim samym stanie jak parę godzin wcześniej: pusty, rozdrażniony i okazjonalnie kurczący się boleśnie.
— Na przykład co takiego? Wielkie wieżowce się nie liczą – zastrzegł. Drgnął pod wpływem przenikliwego zimna, ale postanowił o nim nie myśleć i rozejrzał się z ciekawością. W głąb miasteczka ciągnęła się otoczona gregoriańskimi kamieniczkami promenada oświetlona latarniami. Z kolei w stronę morza można było albo zejść jedną ze ścieżek, albo przespacerować się drogą wiodącą przez klify, która o tej porze wiodła prosto w mglistą ciemność. Spacer po sennym miasteczku i jednoczesne poszukiwanie hotelu czy perspektywa łatwego złamania sobie kilku kości?
Tak, Anglia też wolał spacer przez klify.
— E, nie jest tak źle. Mogłoby jeszcze padać – zauważył. – Choć chyba nie miałbym nic przeciwko nocnej burzy – stwierdził po chwili zastanowienia. – Po niej są najlepsze poranki.
Problem w tym, że nie mieli noclegu, więc w każdej chwili mogli dać się zmoczyć na amen. Ale Anglia wzruszył na to ramionami.
— Chodźmy – zgodził się. – Musisz mi jeszcze opowiedzieć, kiedy dokładnie zamierzasz wyprowadzić się z tej planety. Nie mogą się już doczekać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 2:30 pm

- Jak najbardziej się liczą – poprawił go Ameryka. – Sięgamy chmur, Anglio!
Żeby podkreślić ważkość własnych słów, Ameryka rozłożył ręce na boki w bardzo ekspresyjnym geście. Jego oczy płonęły, ale nie wydawał się przy tym tak oderwany od rzeczywistości, jak w kontekście lotów w kosmos. Tutaj nadal był na ziemi i twardo stąpał po gruncie, zwłaszcza, że o ile kosmiczne loty były zaledwie mrzonką i póki co wizją bez pokrycia, o tyle Nowy Jork powstawał na jego oczach.
- Kolejnym krokiem będzie rozwój techniki, na którym już teraz pracujemy. Popatrz na telewizję. Popatrz jak szybko się zmienia. Kto wie, co opracujemy w przyszłości? Wszystko to dopiero nabiera tępa! W Kaliforni… - urwał. Zrobił krótką pauzę. – W Kalifornii już nad tym pracujemy. Tworzymy nasze małe technopolis. – Uśmiechnął się przekornie. – Europa się zatrzymała, ale Ameryka nie ma tego problemu. – Alfred wzruszył ramionami.
Rozejrzał się dookoła i jego wzrok omiótł starsze, kruszące się pod naporem kamieniczki o nadwyrężonych fasadach. Pomyślał, że to ironiczne. Takie otoczenie idealnie podkreślało jego słowa. Podczas gdy to małe, zatopione w czasie jak owad w bursztynie miasteczko, było wykonane głównie w cegły, jego miasta przekształcały się w molochy z żeliwa i szkła. Wielka Brytania miała przeszłość, ale to do Stanów Zjednoczonych należała przyszłość.
Ameryka odetchnął pełną piersią i nieskrywanym zadowoleniem.
- Burza może poczekać, aż skończymy spacer. Byłoby niezręcznie tłumacząc moją śmierć gdyby jednak złapała nas gdzieś nad samym morzem, prawda? – spytał z żartobliwą nutą w głosie Alfred.
Posłał Anglii uśmiech i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę zejścia na plażę, nie czekając na swojego towarzysza. Przypuszczał, że Anglia go dogoni. Zakładał, że raczej podjęli decyzję, choć to głównie on mówił o niej na głos, a myśli Anglii, naturalnie, nie znał.
- Zawsze doceniałem jak bardzo przepadasz za moim towarzystwem. A jednak dzisiaj… - urwał znacząco. -… z jakiegoś powodu wróciłeś po mnie i kazałeś mi się spakować, zamiast rzucić to wszystko – twój rząd i mnie, i mieć święty spokój. To zabawne – zauważył.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 3:21 pm



Anglia przewrócił oczami. Nie przypomniał po raz kolejny, że Europa nie tyle stoi w miejscu, co próbuje jakoś wrócić po siebie po największej, najbardziej niszczycielskiej wojnie, jaka kiedykolwiek miała miejsce. A Ameryka może faktycznie nie ma tego problemu, bo jedyne, co spadło na jej teren przez ostatnie lata, to zabłąkany balon meteorologiczny.
— Każdemu tak się tym chwalisz? – zakpił delikatnie. Połowa tego, co Ameryka o sobie mówił, była puszeniem piórek i wypinaniem dumnie piersi. W efekcie sprawiał czasem wrażenie małego kotka, który naprasza się o uwagę. Cichaczem Anglia zastanawiał się, czy Ameryka jest taki tylko przy nim i Rosji, czy okazuje swoje głęboko ukryte kompleksy każdemu narodowi, który jest zmuszony go posłuchać.
Anglia uważał, że to rozkoszne w ten sam sposób, w jaki rozkoszne były głośno miauczące koty.
— Przykro mi, ta pogoda nie czeka nawet na Amerykan, a tutejszych klifów nie obchodzi, kto jest na tyle dużym idiotą, żeby z nich spaść.
Zesztywniałymi palcami zapiął płaszcz pod szyję. Była już wiosna, ale w powietrzu rzadko się to czuło. Zwłaszcza noce nie różniły się niczym od jesiennych. Z północy wiał zimny wiatr, a jeśli na chwilę przestawał, to na ziemię spływała ociężała mgła. Chłód i ciemność na wyspach bywały jednak inne, niż gdziekolwiek indziej; sprawiały, że czasem świat wokół wydawał się nie tyle wrogi, co pełen samotnego majestatu. Anglia dałby wiele, żeby mieć pełny żołądek. Mógłby wtedy skupić się na książkowej atmosferze małego miasteczka i uznać, że może Ameryka potrafiłby docenić coś z tych niewygód, które ich spotykały.
Skierował się w stronę ścieżki prowadzącej ponad plażą, ale nim się w ogóle zorientował, zobaczył, że Ameryka oddala się w stronę morza. Na ten widok przewrócił oczami i przyśpieszył kroku, by go dogonić. Już po paru krokach poczuł tchnący od morza chłód, a słony, wodnisty zapach uderzył mu do nozdrzy razem z powiewem wiatru.
— Bardzo zabawne – rzucił w przestrzeń. Bawiły go jednak tylko te momenty, gdy któryś z nich ostrożnie, nieufnie i w ogóle jak najogólniej próbował poruszyć temat tyczący się ich relacji. To upewniało Anglię w przekonaniu, że w głębi duszy Ameryka jest bardziej niepewny siebie, niż chciałby przyznać. I wcale nie aż taki zły.
Anglia dogonił go, choć jego ciało zaprotestowało przed takim tempem. Coś bliżej niezidentyfikowanego zabolało. Ale to nic. Przecież mógł nadążyć.
— Sam powiedziałeś, że przyjechałeś do mnie prywatnie. Poza tym, gdybyś nie chciał jechać – przerwał, żeby złapać oddech – to by cię tutaj nie było. Jesteśmy kwita, Ameryko.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 4:52 pm

- Och, tylko stwierdzam fakt – odparł niezrażony Ameryka, uśmiechając się szeroko.
Spod przymrużonych, może nawet trochę kpiąco, powiek spojrzał na Arthura. Zlustrował wzrokiem niegdyś wspaniałe imperium i tym mniej przejmował się jego docinkami. Już dawno temu zauważył, że Anglia nie doceni nawet najdrobniejszej rzeczy, którą zrobi Ameryka. Znacznie chętniej mu dopiecze czy coś wytknie. Ale to nic. Im bardziej to robił, tym Ameryka był pewniejszy, że dobrze robi.
(Nawet jeśli raz na sto lat miło byłoby usłyszeć coś więcej.)
- To bardzo niemiłe z ich strony. Tak czy siak, jeśli coś mi się stanie – będziesz się musiał tłumaczyć. W końcu to ty mnie wywiozłeś…A! Porwałeś, fakt! – Ameryka uśmiechnął się słodko w ten czarujący, pewny siebie sposób w stronę Anglii.
Wydawał się naprawdę rozpogodzony i w dobrym humorze. Zagwizdał cicho pod nosem, najedzony, rozbawiony i, ha, kto by pomyślał, że może czuć się w towarzystwie Anglii tak dobre. To pewnie dlatego, że wreszcie, chociaż raz Arthur nie miał kija… No. Kija. Jak to dużo zmieniało!
Ale Ameryka wiedział, że to jednorazowy wyskok. Nie zmieni Anglii, ale można korzystać z takich drobiazgów.
Nad plażą nocna bryza wzmogła się, a chłodne powietrze uderzyło Amerykę w twarz, postrzępiło jego włosy i załopotało połami skórzanej kurtki. Alfred poprawił ją, odetchnął i przymknął na chwilę oczy. Słony, lekko przegniły i zbutwiały zapach doszedł do jego nozdrzy. Nie przepadał za nim jakoś szczególnie. Zawsze wolał woń smaru czy metalu, ale hej – potrafił doceniać (trochę) takie małe rzeczy.
- Prawie – zaznaczył, obracając się w stronę Anglii. Przez chwilę szedł tyłem, choć grunt stracił swoją normalną przyczepność i zaczął się zmieniać w mniej przyjazny, rozmiękły krajobraz, który po ciemku wydawał się tylko groźniejszy. – Ja miałem doskonały powód. W końcu wreszcie łamałeś reguły. Chciałem to zaobserwować! To jak doświadczenie naukowe, tak? Coś nowego. – Machnął niedbale ręką. – Całkiem ciekawe. Ty natomiast podkreślasz, jak to chcesz się mnie pozbyć z planety, ale proszę, postanowiłeś mnie porwać, więc… Hm. Nie do końca jesteśmy kwita, ale jak wolisz. – Wyszczerzył się. – Nie możesz beze mnie żyć, staruszku.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 6:37 pm

Anglia nie odpuścił.
— Więc stwierdzasz ten fakt każdemu, kogo spotkasz? – zapytał niewinnie. Doskonale wiedział, że Ameryka próbuje się popisać. Robił to sto lat temu i będzie to robił za kolejne sto lat. Z jednej strony jego ludzie nieustannie upewniali go w przekonaniu, jak niezwykłym płatkiem śniegu jest, z drugiej Stany chciał też, żeby inni to robili. Bez znajdowania się w centrum uwagi musiał czuć się odrobię skonfundowany.
Dlatego był taki głośny. I dlatego przy każdej okazji stroszył te swoje ptasie piórka.
Wiedząc o tym, Anglia przejął na chwilę postawę kompletnego braku zainteresowania wobec rozmówcy. Patrzył pod nogi albo nad morze, poprawiał swój płaszcz, ale nie odwracał spojrzenia na Amerykę.
— Nie wiem, czemu ciągle martwisz się, że coś ci się przy mnie stanie – stwierdził. – Nie wiedziałem, że jestem aż tak przerażający.
Właściwie to Anglia bywał tak przerażający, że inne narody uciekały albo poddawały się na jego widok, ale hej. Nigdy nie Ameryka. Ameryka prędzej ściągnąłby spodnie i wystawił mu tyłek na polu bitwy. Po pierwsze dlatego, że był odważny w ten idiotyczny sposób, a po drugie, ponieważ Anglia nie sądził, by kiedykolwiek dał mu okazję do tego rodzaju strachu. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której mogliby się siebie na poważnie bać.
Zeszli na kamienistą część plaży. Z góry wciąż było widać światła restauracji, a za zatoką, niemal na horyzoncie, migało światło latarni morskiej. Morze było dziś hałaśliwe. Trudno było nazwać szumem potężne dźwięki, jakie wydawały rozbijające się o brzeg plaży i klifów fale. Ten jakby dobiegający z wnętrz ziem grzmot mieszał się z radosnym pogwizdywaniem Ameryki.
Anglia spojrzał na niego dopiero, gdy zrównali się krokiem. W ciemności ich spojrzenia się spotkały. Po sekundzie lub dwóch oczy Anglii zaczęły tracić swój pobłażliwy, chłodny wyraz i rozpogodziły się w jakiś bliżej nieokreślony sposób. Uśmiechnął się ponownie, nikle, ironicznie – niemal łobuzersko. Zwykle taki uśmiech łączył się z marzeniami o morderstwie jego wrogów albo postanowieniem, że dosypie sobie jedną łyżeczkę cukru więcej niż normalnie.
— Nie przesadzajmy, Ameryko. Jeśli rozmawiamy o pozbywaniu się kogoś z tej planety na poważnie, to w pierwszej kolejności zagłosuję na Francję. Więc, skoro moja wymówka jest gorsza od twojej wymówki, to rodzi pytanie...
Przekroczył śliskie, wystające z ziemi kamienie i wszedł na piaszczyste pasmo. Znalazł się na tyle blisko morza, że momentami czuł kropelki z bryzgającej wody.
Teraz to on zostawił Amerykę nieco w tyle.
— Czego się po mnie spodziewasz?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 9:42 pm

- Jeśli o to prosi tak bardzo jak ty – zapewnił Anglię. – Ale muszę przyznać, że mało kto robi to z twoim entuzjazmem.
Ameryka wystawił, jako podsumowanie, starszej nacji język. W półmroku nie było może widać to aż tak dokładnie, ale znali się zbyt długo, by nie dało się rozpoznać tej pozy, tego pochylenia się lekko w przód i, cóż, przewidywalność Ameryki często sięgała naprawdę wysokich poziomów.
- Drżę ze strachu na sam widok twoich brwi – wyjaśnił Ameryka. – Zresztą dość często sugerujesz, że chętnie coś byś mi zrobił. Ranisz moje serce, ale po tych słowach ciężko mi ufać twojej osobie, Arthurze Kirklandzie – oznajmił pompatycznie i tak koszmarnie formalnie, że fałszywe nuty wręcz nakłuły jego słowa jak igły jeża.
Nie trzeba więc było dużo czasu, by Ameryka znowu się roześmiał i poślizgnął przy tym na jakimś kamieniu, obrośniętym przez wilgotny muł. Alfredowi udało się złapać równowagę, a jego serce zatrzymało się tylko na ułamek sekundy – po którym zachciało mu się śmiać. Znowu. Drobna dawka adrenaliny, która pobudzała jego organizm, zawsze była przez niego mile widziana.
- Ale huczy! – Ryknął Ameryka, przekrzykując dźwięk rozbijających się o skaliste wybrzeże fal.
Zniży głos, nieznacznie, dopiero wtedy, gdy Anglia zrównał się z nim krokiem. Jego spojrzenie było jasne i rozbawione, policzki zaczerwienione od wiatru, a włosy rozwichrzone i poszarpane. Ameryka wyglądał jak dzieciak, którym na wiele sposobów był. Nawet jego twarz nadal wahała się pomiędzy dojrzałością a dzieciństwem z kwadratową szczęką, ale nieco zmiękczonymi rysami. Wyglądał na ledwo dziewiętnaście lat, gdy jego twarz nie wykrzywiało szaleństwo kraju.
- Uważaj, bo jeszcze zacznę być zazdrosny o to, że ktoś wdeptuje ci bardziej na odcisk niż ja i moja obecność. I może będę chciał to naprawić! – Pokręcił głową niby ostrzegawczo. Coś w jego oczach zabłysło, chochlikowate iskierki w błękicie zdawały się sugerować, że Ameryka naprawdę to rozważa.
Co pewnie skończyłoby się wybiciem mu zęba.
Po kolejnym kroku buty Ameryki zatopiły się w miękkim, lepkim piasku, przesiąkniętym morską wilgocią. Było to dziwne uczucie – człapanie, którego mlaskanie i tak ginęło w huku fal. Ameryka zrobił kilka kroków, czując wzmagający się wiatr. Dał sobie tym samym chwilę na rozważenie pytania Anglii, choć nie robił tego przesadnie skrupulatnie.
Bo czego oczekiwał?
Niczego. Ich relacje po prostu były, tak? Hm.
- Cóż. Że nie możesz beze mnie żyć? – Wyszczerzył się. – Wiesz, Anglio, niczego od ciebie nie oczekuję. Chcę, żebyś był moim wsparciem i sojusznikiem… Ach, i żebyś nie dyskredytował wszystkiego co robię dla samej zasady. Nadal masz mi za złe tamtą herbatę? – Ameryka okręcił się leniwie wokół własnej osi.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 10:32 pm



Ameryka mógł sobie przedrzeźniać. Mógł być okropną istotą ludzką, mieć irytujący głos, żartować w sposób, który dwunastoletni chłopcy uznaliby za niedojrzały, mieć tysiąc i jedną wadę. Mógł wiele rzeczy i zwykle z tego korzystał, a Anglia jakoś to trawił.
Ale, gdy Ameryka myślał, że może używać brytyjskiego akcentu, trawienie stawało się gwałtowną niestrawnością.
Przez ciało Anglii przeszła fala zimnych dreszczów. Wzdrygnął się, słysząc apokaliptycznych rozmiarów obrazę dla języka. Zgrzytnął zębami.
— Nigdy więcej tego nie rób – ostrzegł Amerykę głosem przeszywającym jak piorun niebo. Zadrżał ponownie. Amerykanin próbujący używać brytyjskiego akcentu był niczym pies próbujący nauczyć się miauczeć. Abominacja.
Anglia jeszcze przez chwilę musiał odlepiać od swojej duszy brud, który się do niej przylepił. Gdy strząsnął z siebie obrzydzenie, powoli pogodził się z tym co usłyszał. Jego uszy wciąż pragnęły skulić się jak dwa uderzone w słodkie małe noski szczeniaczki. Odetchnął. Morze zmyje nieczystości. Grzmot fal ich oczyści.
Czy coś.
Wdech, wydech.
No, dobrze, stwierdził. To nie było aż takie złe, pomijając fakt, że to była najgorsza rzecz, jaką słyszał w swoim życiu od czasu wynalezienia francuskiego akcentu w angielskim.
— Wielkie, hałaśliwe i nigdy nie słucha nikogo. Ty i morze macie wiele wspólnego – rzucił w przestrzeń. Zaraz potem miał ochotę przeprosić morze, które kochał na wiele sposobów i potrafiłby godzinami rozprawiać, dlaczego. Morze było lepsze od większości ludzi, jakie znał. Nie potrzebowało syren, bo samo w sobie było syreną; kto raz usłyszał jego zew, nie mógł na dobre od niego odejść. Zawsze się wracało. I on też odkrywał, że mógł wytrzymać pięć czy dziesięć lat, ale, jeśli w końcu nie znalazł się na statku, to zapominał o tym, jak wygląda wolność. Zaczynał czuć się jak ptak w bardzo ciasnej klatce.
Ale dziś faktycznie rwane wiatrem morze huczało. Anglia musiał przysunąć się do Ameryki, tak, że prawie stykali się ramionami. Szczęśliwie, głos Stanów z łatwością dominował nad dowolnym żywiołem, więc Anglia nie musiał aż tak się wsłuchiwać.
A nawet, gdyby musiał, to wystarczyłaby mu mina Ameryki i ta jego żywa gestykulacja, żeby wiedzieć wszystko, co musiał.
— Francja praktycznie wynalazł wchodzenie ludziom na odcisk. Ale nie martw się, ty też na zawsze będziesz miał specjalne miejsce w moim sercu. – Parsknął. Wszystko to musiał powiedzieć głośno, by nie zginęło pośród innych dźwięków.
(Napisałabym, że głęboko w tyłku, a nie w sercu, ale to chyba zabrzmi dwuznacznie.)
I znowu musiał wysłuchiwać tej wadliwej logiki Stanów. Poczuł jakieś ukłucie rozbawienia. Odgarnął z twarzy kosmyki włosów, które targał wiatr, a następnie parsknął śmiechem. Wyprzedził Amerykę o parę kroków, a później odwrócił się w jego kierunku.
— Moje oczy szklą się na samą myśl, że wyjedziesz. Odkąd uzyskałeś niezależność, nie spędziłem dnia bez płaczu. To mało znany fakt, ale wiesz, że przed twoim buntem wyspy brytyjskie miały klimat tropikalny? Teraz niebo płacze razem ze mną, a wszystkie moje palmy uschły...
Pochylił się w jego kierunku i wytarmosił go za policzek jak stara ciotka.
— Ach, nie – stwierdził szyderczo. – Jednak nie.
Później odsunął się, z rozbawieniem wymalowanym na twarzy.
— Nic, czyli wszystko. Cały ty.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Wrz 09, 2016 11:16 pm

I mrok zstąpił na całą ziemię (nie, właściwie to już był). Wiatr wzmógł się wściekle szarpiąc kurtką Ameryki i wydawać by się wręcz mogło, że grunt zatrząsł się pod jego stopami. A on stał mu na przekór, dumny i wyprostowany z jaśniejącymi niespożytą energią oczyma. Patrzył teraz we wrota piekieł w jakie zamieniły się oczy Anglii. Zielone, bezlitosne. Dwa punkciki na tle półmroku tak dziwnie intensywne zielone.
A potem Ameryka parsknął.
- O Boże, ale się obruszyłeś. – Parsknięcie przeszło w regularny, głośny, perlisty śmiech. – Aż kusi mnie, by robić to częściej.
Ameryka podszedł do miejsca, w którym fale obmywały piaszczysty brzeg i stanął w tej idealnej odległości, gdzie piana ledwie podchodziła mu pod czubki budów, wciąż jednak nie umiała ich pochwycić. Przyglądał się przez chwilę temu spektaklowi, ledwie odcinającemu się w ciemności białą obwódką spienionej wody.
- Nie widzę tego – stwierdził i obrócił się w stronę Anglii. – Wolę jednak niebo. Morze, oceany, choć wydają się wolne, zawsze są ograniczone skrawkami lądu. Ale niebo i kosmos… Och, te dwie rzeczy są nieskończenie rozległe. Znacznie bardziej w moim stylu, gdybyś mnie pytał. – Alfred uśmiechnął się lekko.
Dostrzegł, że Anglia znowu stanął tuż przy nim, a ich ramiona zetknęły się ze sobą. Coś w Alfredzie drgnęło, choć on sam przecież nie miał problemów z tak małą odległością, która w tym momencie ich dzieliła. Po prostu… Hm. To zabawne, pomyślał.
Nie było żadnego „po prostu”. Nie było nawet wytłumaczenia.
- To zabrzmiało prawie słodko. I prawie się wzruszyłem. – Uśmiechnął się krzywo do Anglii. – Ale coś w tym jest. Ty u mnie masz podobne miejsce. Nigdy nie znajdę drugiej tak zrzędliwej osoby.
Przyspieszył kroku, gdy Anglia go wyprzedził.
- Och, Arthurze! – podjął grę, zawodząc swoim głosem. – Gdybym tylko wiedział! Gdybyś nie skrywał przede mną swych głębokich uczuć! Wtedy mógłbym to naprawić już wtedy, a ty mógłbyś zmrużyć powieki spokojnie, wiedząc, że całe to zdarzenie było jedynie kolejnym etapem naszych jakże bliskich relacji!
Dla lepszego efektu Ameryka przyłożył wierzch dłoni do swojego czoła. Żeby wyglądać bardziej dramatycznie. Czy coś.
- Ranisz me serce! – Wybuchnął śmiechem. – Co? Chyba nie zrozumiałem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Wrz 10, 2016 11:03 am


— Nie próbuj.
Anglia parsknął z niedowierzaniem, gdy doszło do niego, co mówi Ameryka. Wiedział o jego absurdalnym podejściu do niezależności, ale uznanie morza za zbyt ograniczające przyniosło mu pewną wiadomość. Wiadomość o tym, że Ameryka jest cholernie niezrównoważony.
— Coraz bardziej przeraża mnie skala twojej obsesji na punkcie wolności – parsknął.
Wielkości. Nieograniczoności. Patrząc z tej perspektywy, bardzo łatwo było zrozumieć, czemu Ameryka nienawidzi samej myśli o Rosji. On i jego Związek Radziecki byli zaprzeczeniem wolnego ducha. Ale, z drugiej strony, co musiało dziać się w umyśle Stanów, że jedynie niebo wydawało mu się zadowalająco przestrzenne?
Oddalali się od świateł jedynej czynnej restauracji i miejskich latarni. Idąc tym wybrzeżem mogliby pewnie do rana dojść do kolejnej małej miejscowości i, przez chwilę, Anglia miał na to ochotę. Zostawić tutaj samochód i parasol, a potem po prostu iść przed siebie w tę nieprzyjemną ciemność i mróz. Nie wiedział, jaki zysk mogłoby mu to przynieść, ale myśl, że mógłby znowu zrobić coś impulsywnego ożywiała go w jakiś dziw Nie wiedział, jaki zysk mogłoby mu to przynieść, ale myśl, że mógłby znowu zrobić coś impulsywnego ożywiała go w jakiś dziwny sposób. Ameryka poszedłby za nim. Ciekawe, co trzeba by było zrobić, żeby Stany uznał, że to zbyt wiele i stał się głosem rozsądku – jak daleko mogliby zabrnąć, gdyby Anglia pozwolił resztkom zdrowego rozsądku przeminąć z tym przeklętym wiatrem.
Przypadkiem otarł się o skrawek grubej kurtki Ameryki. Poczuł się dziwnie zaskoczony, gdy to się stało. Zamrugał i odsunął się o pół kroku. Stany też się odsunął, odszedł w kierunku fal i w tej jednej chwili Anglia znów pomyślał o nim jak o strasznym idiocie. Zmoczy sobie te buty i skarpetki, nogi mu spuchną i tyle będzie z tej ich romantycznej ucieczki.
Romantyczka ucieczka. Dziwnie to brzmiało nawet w kontekście sarkastycznej myśli. Nagle do Anglii doszło, że wszyscy skupią się nie na tym, że uciekł od obowiązków przez urazę, a na tym, że uciekł z Ameryką. Prawdopodobnie nikt nie okaże mu wielkiej skruchy. Churchill może nawet mu pogratuluje.
Och, do diabła.
— Uznam to za komplement – stwierdził czując dziwną mieszaninę uczuć. Znów poszedł za Ameryką, tym razem zamyślając się nieco, choć przedstawienie, które odegrał przed nim Stany, wzbudziło w nim uśmiech.
Przeszedł parę kroków i zatrzymał się, nie spuszczając z niego wzroku.
— Wiesz, Am... – zaczął ostrzegawczo. Zamierzał powiedzieć, że fale, zwłaszcza dzisiaj, nie będą równomierne, ale nie musiał kończyć zdania. Nagła, silniejsza fala w przeciągu sekund uderzyła przed siebie, sięgając Ameryce przynajmniej do kostek i docierając nawet do czubków butów Anglii.
— ...no właśnie – uśmiechnął się kpiąco. – Mniej teatralności, więcej myślenia.
Podniósł dłoń i postukał się palcem w czubek nosa. Później odwrócił się i odszedł. Wiatr popychał go w plecy, co było nawet dobrym zwrotem okoliczności, bo Anglia czuł słabość w kończynach. Nie poruszał się ani tak szybko ani żywo jak normalnie, a momentami jego krok wydawał się sztywny. Mimo to postanowił chociaż na chwilę wyprzedzić Amerykę.
— Nieważne – dodał już po chwili. Naprawdę nie zamierzał tego tłumaczyć.
Wiedział, że to, co mówił Stany, było żartem. Gdyby nim nie było, to chyba zwymiotowałby na piasek z nadmiaru patetyzmu. A potem musiałby sprawdzić, jak wysoką gorączkę ma Ameryka.
Mimo to jego myśli zatrzymały się na tym temacie na poważnie. Zastanowił się, a po chwili dodał głośno:
— Poza tym wiesz, nigdy nie oczekiwałem od ciebie przeprosin! Obaj wiemy, że nie miałeś za co.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Wrz 10, 2016 1:40 pm

- Bo jest innowacyjna i inna od waszych dotychczasowych wyobrażeń? – spytał lekko Ameryka. W jego oczach pojawiły się przewrotne iskierki, ale jeśli Anglia mówił poważnie – nie był to dobry znak. Bo Ameryka naprawdę nie widział nic złego w tym co robił. Kiedy faktycznie działał interesownie – doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Kiedy kłamał, oszukiwał, manipulował i rozgrywał polityczną gierkę, miał tego świadomość.
Ale w tym wypadku… Nie. Ameryka w swojej fiksacji wolnością, którą przeinaczał, skrzywiał i organizował pod swoje widzi mi się, nie widział nic złego.
I to był pierwszy zły znak.
(Który tak naprawdę był widoczny od bardzo dawna.)
Niebo było inne od morza bo dawało tak wiele tak mnogich możliwości, że ich umysł, w tej chwili, nie był w stanie tego pojąć. Otwierało przed nimi wszystko, nowe podwoje, praktycznie nieskończenie długie i szerokie. Były czymś, co zmazywały lęk wiszący nad ludzkością, że kiedyś katastrofa wymaże ich egzystencję. Teraz ludzie będą mogli żyć nadal, gdzieś tam – w przestrzeni.
A on razem z nimi. Ponad tym wszystkim. Oczy Ameryki skrzyły się na samą myśl o tym.
- Och, szlag! – Syknął Ameryka, gdy lodowata woda zachlupotała mu w butach, a chłód przeszył jego stopy, na moment pozbawiając go w nich czucia.
Młody mężczyzna (ale tylko ciałem) odskoczył jak poparzony od morza i skrzywił się, robiąc kilka ciężkich kroków w tył. Woda momentalnie wsiąkła mu w buty i skarpetki, pozostawiając nieprzyjemne wrażenie, które zmroziło mu skórę. Czuł, jak chlupocze, ale gdy zdjął buty, wylał jej resztki i założył je z powrotem – nic się nie zmieniło.
Przez chwilę Ameryka musiał wyglądać jak prawdziwe zmoczony, smutny pies.
- Baaardzo śmieszne – stwierdził zgryźliwie. – To morze mnie zaatakowało. Nic na twojej cholernej wyspie za mną nie przepada – poskarżył się.
Bo naprawdę odnosił takie wrażenie już od bardzo dawna.
Odetchnął.
No nic, raczej nie miał teraz wyboru. Musiał tak iść, zacisnąć zęby i przeżyć. Bo nawet jeśli jego stopy będą nadawały się do amputacji to przecież odrosną. Kiedyś.
(Tak przedstawiało się przerażająco optymistyczne rozumowanie Ameryki.)
- Naprawdę? – Ameryka spojrzał dziwnie na Anglię.
Teraz to on miał ochotę sprawdzić, czy Arthur nie ma gorączki.
- To znaczy, jasne, że nie miałem. – Wzruszył ramionami. – Ale wtedy zachowywałeś się zgoła inaczej. Kiedy doszedłeś do takich wniosków? – Uśmiechnął się przekornie. – W zeszły czwartek?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Wrz 10, 2016 3:04 pm

— Och, ktoś tutaj sądzi, że wynalazł i opatentował wolność – zauważył z udawanym zaskoczeniem. – Czemu mnie nie dziwi, że to ty.
Powiedzenie "za moich czasów" byłoby trochę uwłaczające, ale za swoich czasów to Anglia był innowacyjnym i wolnym krajem. Nie podejrzewał, by ktokolwiek to zapamiętał, skoro Francja miał w zwyczaju zmieniać swój ustrój polityczny jak firanki w salonie, a on traktował bycie państwem poważnie i szanował monarchię – ale to była prawda. Przynajmniej angielska prawda. Oczywiście, w pewnych sprawach mógł zachować się lepiej, ale błędy, które popełniał wynikały z tego, że nikt przed nim ich nie popełnił. Był pionierem w wielu sprawach i, cóż, mógłby się słusznie upierać, że gdyby nie on, to Ameryki nawet by dzisiaj nie było. Ale przecież się nie upierał. Właściwie postanowił nigdy nie mówić tego na głos bez oficjalnych przeprosin.
— Z pełną premedytacją? – podsunął, kręcąc z rozbawieniem głową, – Więc może morze jest ukrytą opcją komunistyczną. Kazałeś je już przesłuchać?
Poczekał, aż Ameryka zakończy swoje marne płonne próby doprowadzenia się do porządku. Jak zwykle martwił się tym po fakcie i, jak zwykle, tak naprawdę wcale się nie martwił, tylko już zaczynał myśleć o czymś innym. Anglia westchnął.
Ktoś mógłby wziąć jego narzekanie i ostentacyjną kpinę za dowody na to, że zupełnie tego wszystkiego nie toleruje. Ale przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić po latach, a on miał wiele dekad, żeby przywyknąć do zachowania Ameryki. Głupotą byłoby zakładać, że w ogóle go nie zna, nie rozumie ani nie toleruje.
Choć z drugiej strony – ostatnio miał wrażenie, że nie byłby w stanie rozpoznać wszystkich zmian w Ameryce. Stany, wbrew pozorom, nie uzewnętrzniał się do końca przed nikim. Dlatego Anglia postanowił nigdy nie być zbyt pewnym, że całkiem go zna.
— Jak miałem się, według ciebie, zachowywać? – zadał to samo pytanie, co zawsze, gdy ludzie wmawiali mu głupie rzeczy. – Zbuntowałeś się i zdradziłeś mnie. Ale, z drugiej strony, to naturalna droga dla krajów, a ty nie byłeś pierwszy ani ostatni.  
Gdyby go nienawidził, to zwyczajnie wystrzeliłby z tamtego bagnetu. Ale czy Ameryka nigdy nie załapał sensu słów "teraz nie ma już sensu"? Oczywiście, że nie załapał.  Miał swoją wizję świata i zawsze się go trzymał.
— Jesteś naiwny, Ameryko – stwierdził Anglia poważnie, ale zaraz potem dodał. – To było w poniedziałek.
Przeszedł w milczeniu parę kroków. Zatrzymał się, odwrócił, popatrzył w twarz Stanów i na jego mokre nogawki.
— ...wracajmy na górę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Wrz 10, 2016 4:38 pm

- Myślisz? – spytał Ameryka. Przyjrzał się intensywniej morzu, to znaczy udał, że się przygląda, pochylając się w stronę szumiącego bezkresu. Zmarszczył wymownie czoło, ściągnął brwi. Pokręcił nosem. W jego oczach przez chwilę odbijało się coś, co prawie można było wziąć za podejrzenie. Odczekał tak sekundę, może dwie. Nigdy nie umiał długo wytrzymać podobnej farsy.
- Zawsze wiedziałem, że jego niebieski odcień to tylko przykrywka! – zadecydował, zadzierając dumnie głowę.
Zerknął na Anglię i uśmiechnął się przekornie.
- Albo to faktycznie tylko i wyłącznie kwestia bycia angielskim – dodał po chwili z rozbawieniem w głosie.
Woda w butach nadal mu chlupotała, ale dzielnie ją zignorował, człapiąc po śliskich kamieniach. Nie było to wygodne ani bezpieczne. Właściwie to od czasu do czasu chwiał się na boki jak dorodna, przerośnięta osika.
- Zdradziłem cię! – Ameryka parsknął. – Podsumujmy… Zwiększyłeś podatki. Zabroniłeś mi handlu z innymi, o ile nie przechodził przez ciebie. A to dopiero początek. – Zerknął na Anglię. – Obaj wiemy, Arthie, że nie byłeś fair.
Coś w jego oczach błysnęło.
- Co nie przeszkadzało nam handlować przez całą wojnę, co?
Cóż. Jakoś trzeba było walczyć, prawda? A jak świat światem, często walczyło się z tą samą osobą, której sprzedawało się broń.
(Ameryka potem zastosował tę taktykę wobec, chociażby, Iranu.)
- Po prostu za mało w ciebie wierzę – podsumował Alfred, zerkając w bok.
I nie widząc niczego poza mętnymi zarysami kształtów. Gęsta noc opadła już na całe, małe miasteczko. Od wyższej skarpy docierała do nich blada aura żółtawego światła, wykradająca się poza dachy niskich domów. Wystarczyło chwilę na nią patrzeć, by po powrocie spojrzeniem do otoczenia, przestać widzieć nawet zarysy i iść po omacku.
Ameryka potknął się. Udało mu się złapać równowagę. Noga zabolała, ale po paru krokach już wiedział, że nic się nie stało. Nawet nie dał tego po sobie poznać.
- Wracajmy – zgodził się. – Jednak lubię moje stopy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    

Powrót do góry Go down
 
Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
 Similar topics
-
» Zielnik [Isao]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Hehetalia :: Cały świat! :: Rozgrywki historyczne-
Skocz do: