Hehetalia

Oto Świat, Panie i Panowie, Panowie i Panie!
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Sie 25, 2016 8:02 pm

— To dyskusyjne – mruknął do puszki z ciastkami. Zamknął ją starannie i odłożył z powrotem na lodówkę. Została tam, matowa, okrągła i lżejsza o dwa ciastka, co i tak było dobrym wynikiem jak na coś, na co padła uwaga Stanów Zjednoczonych.
Kiedy Ameryka był mały, Anglia parę razy robił całą tacę podobnych ciasteczek tylko dla niego; pamiętał do tej pory, jak za każdym razem wyrzucał z kuchni służbę i piekł, rozmyślając, jak głęboko jego załoga wbiłaby go przez tyłek w maszt, gdyby zobaczyli go umazanego mąką i rozbijającego jajka. Później, gdy Ameryka już podrósł, a sprawy zaczęły się komplikować, nie miał już czasu ani ochoty na zabawy w kucharza... Właściwie aż do teraz. Wyrzucił jednak tę myśl z głowy, jeszcze raz przypomniał sobie, co Ameryka twierdził o jego gotowaniu i odegnał od siebie resztki ciepłych uczuć. A w każdym razie zmiótł je pod mentalny dywan.
Po raz pierwszy, odkąd Ameryka wtargnął do niego domu, Anglia uśmiechnął się uśmiechem, który nie wyrażał absolutnej wyższości i pogardy wobec tej części świata, która zawierała w sobie Stany Zjednoczone.
— Jestem zadowolony z obecnej sytuacji. Mamy w końcu wolny świat, w którym alergicy mogą jeść orzeszki, jeśli naprawdę tego chcą.
Postawił imbryk z herbatą na tacy razem z dwoma filiżankami, do których nasypał cukru; tego drugiego nie starczyłoby mu do cukierniczki. Parsknął do swoich własnych myśli.
— Prawdziwy nowy, wspaniały świat – powtórzył jakby do siebie. Zerknął na szklany wazon, a następnie wyszedł z kuchni, przechodząc do niewielkiego salonu, w którym ściany przemalowano dla świeżości stosunkowo niedawno. Meble wydawały się za duże i za stare na niewielką przestrzeń, a przytulną, choć jednocześnie przytłaczającą atmosferę, dopełniały zajmujące wszystkie ściany obrazy; większość z nich była niewielka, ale jeden, obleczony w ciężką ramę i utrzymany w niezwykłych złocisto-brązowych odcieniach zajmował szczególne miejsce. Przedstawiał statek na wzburzonym morzu, które zlewało się z niebem barwy miedzi, ciemnej czerwieni i bieli. Z wody wystawały okalane łańcuchami dłonie wyrzuconych niewolników; tych chorych i martwych, wszystkich nieprzydatnych oraz objętych ubezpieczeniem od zaginięcia na morzu. To właśnie ten obraz nadawał salonowi Anglii wrażenia ciemności niezwiązanej z pogodą za oknem. Skupiał na sobie uwagę.
Anglia minął postawiony w niedogodnym miejscu fotel i wymanewrował tacą tak, że zdołał ją umieścić na stoliku bez żadnych szkód. Dłonie niemal niezauważalnie mu zadrżały; on sam na chwilę czuł, jakby tracił siły, ale było to wrażenie, którego się spodziewał, więc nie okazał zaskoczenia. Po prostu usiadł pierwszy, nie zważając przy tym na Amerykę. Popatrzył na swoje dłonie, jakby spodziewając się, że ich widok rozmaże mu się przed oczami. Zamiast tego poczuł, że zawroty głowy szybko mijają. Wyprostował się więc, by sprawiać wrażenie wyższego i silniejszego, niż był w rzeczywistości.
— Pytanie, czy niekulturalnym jest wyproszenie kogoś, kogo się nie wpuszczało do domu. Nieważne – zdecydował nagle. – Już tutaj jesteś. Nie będziemy przecież popadać w histerię z tego powodu. Więc...
Anglia sięgnął po imbryk i dopiero wtedy uznał, że to może nie był do końca dobry wybór. Nieustannie czuł w głowie jakąś lekkość, a ciężar wydał mu się większy, niż przed momentem. Nie przestał czuć się słabo, ale, przede wszystkim, nie mógł okazać Ameryce, że coś jest z nim nie tak. Wlał się herbatę do pierwszej filiżanki ostrożnie i powoli.
— Zacznijmy od tego, że, nawet, gdybym kogoś miał, to nie miałoby dla nas znaczenia. Nie pytam się ciebie, co robisz w swoim prywatnym czasie.
Kilka kropek herbaty rozlało się na talerzyk. Anglia zamrugał pośpiesznie i nachylił się, zalewając drugą filiżankę.
— A pomijając ten temat... Jak może ci się nudzić? - To drugie pytanie zadał już odrobinę kąśliwie, nawet ze śladem rozbawienia. Wiedział, że nie może. Nie aż tak. Ameryka przyszedł do niego, bo chciał, a nie dlatego, że nie mógł znaleźć sobie żadnego innego zajęcia.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 26, 2016 12:36 am

Alfred nie wyglądał na zainteresowanego dziwnym mamrotaniem Anglii. Uznawał to za oznaki problemów. Głównie starczych. Mimo to dreptał za Anglią jak kurczak za swoją mamą kwoką. Naturalnie robił to z jednego tylko powodu – chciał wreszcie dostać tę nieszczęsną herbatę. W ten sposób przeszli do salonu, który pachniał kurzem, mimo pewnie wielogodzinnych starań o zachowanie czystości. Wszystko tu było tak angielskie, że Alfred aż wzdrygnął się mimowolnie. Przypominało mu to salony pierwszych drewnianych posiadłości, które zamieszkiwał. Choć to przecież niedorzeczne. Tamte z pewnością były inne.
Tylko przez chwilę Alfred przyglądał się obrazowi, który dominował w pomieszczeniu ferią intensywnych, impresjonistycznych barw. Alfred zmarszczył brwi. Obraz jak obraz, statek jak statek. On gustował w bardziej prostych, abstrakcyjnych formach pełnych domysłów i możliwości interpretacji.
Słowem – wolności.
W przypadku obrazu, jaki znajdował się w salonie Anglii Alfred czuł, że jest mało subtelny i zbyt oczywisty. Ale była to tylko samotna myśl. Jedna z wielu, zamieszkujących jego głowę i wyrażająca jego ludzi.
(A skoro oryginał obecnie znajduje się w Bostonie, to czy możemy posądzić Amerykę o szabrownictwo?)
- Już to zrobiłeś. Ale doceniam, że chcesz naprawić swoje błędy. – Alfred wyszczerzył się bezczelnie, zajmując wysoki, miękki fotel.
Nie zauważył drżenia dłoni Anglii. Może dlatego, że był to zaledwie ułamek sekundy, a Alfred zawsze był rozkojarzony i nigdy nie umiał się skupić. A może nie chciał tego zauważyć.
To nie jego problem.
Ameryka wzruszył ramionami.
- Racja. Choć po prostu wyrażałem swoje zdumienie i niedowierzanie. Ale przypuszczam, że nikogo nie masz. To pewnie jakieś prezenty od twoich ludzi. – Wygiął usta w krzywym uśmiechu. – Staruszku. I odpowiadając na twoje pytanie – normalnie. Wszystko układa się po mojej myśli.
Zrobił krótką pauzę.
- A to zawsze jest nudne.

Noce w Anglii zawsze wydawały się Ameryce chłodniejsze niż w Stanach. Nawet jeśli jego częścią była Alaska. Było w nich coś przejmującego, zwłaszcza, gdy całości towarzyszyły zawieszone nisko nad łąkami mleczne mgły, nie rozpraszane nawet przez najsilniejsze reflektory wypożyczonego samochodu. Alfred podejrzewał w tym złośliwość pogody, wyspy, a nawet czary Anglii (choć czary nie istniały). Z jakiegoś bowiem powodu wszędzie indziej czuł się dobrze – ale nie tutaj.
A teraz przyszedł tu z planem tak szalonym, że aż nie miał wątpliwości, że chce go wcielić w życie.
Ubrany był mniej formalnie niż podczas ostatniej wizyty. Włosy miał w nieładzie, po długiej podróży samolotem. Śmierdział słonym, ostrym potem, który przebijał się ponad wodę kolońską – ścisk i duchota kabiny samolotowej skutecznie zabiła w nim resztki świeżości po porannym prysznicu w diametralnie innej strefie czasowej.
Alfred przystanął na pierwszym schodku, wiodącym do domu Anglii. Poprawił zsuwający się mu z ramienia plecak podróżny i omiótł spojrzeniem ogród Arthura, którego zarysy ledwie wyłaniały się z mroku i mgły.
Nie wahał się. Ktoś, kto mógłby go o to posądzić byłby w błędzie. Ameryka wiedział po co tu przyszedł i już w następnej chwili chwycił za klamkę. Drzwi drgnęły, ale o tej porze zamknięte na klucz, nie zamierzały ustąpić. Ameryka potrząsnął nimi – gdyby chciał, mógłby je wyrwać, ale do tego był gotowy posunąć się tylko w ostateczności, gdyby Anglia mu nie otworzył.
(Lub nie chciał otworzyć.)
Teraz zaś bez zachodzenia w głowę, o jak bardzo nieludzkiej porze dobijał się do drzwi Anglii, Alfred uderzył mocno w stare, sfatygowane drewno drzwi, które jęknęło pod naporem jego pięści. Raz, drugi, trzeci. Zawiasy zatrzeszczały niebezpiecznie. Alfred nie przejął się tym zbytnio.
- Anglio! – oznajmił donośnie i głośno. – An-glio!
A gdy wreszcie drzwi uchyliły się (lub było to okno z zagrożeniem nagłego ataku doniczką), Ameryka oznajmił spokojnie i bez zbędnego drgnięcia powieki.
- Od dziś tu mieszkam.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 26, 2016 11:06 am

Mniej więcej w momencie, w którym Ameryka znajdował się kilometry nad Atlantykiem, Anglia skończył słuchać audycję w radiu i uznał, że wciąż nie czuje się dostatecznie zmęczony, żeby zasnąć. Pomimo zjedzonej kolacji jego żołądek kurczył się z głodu, jednak zejście na dół i przygotowanie sobie kolejnego posiłku mijało się z celem. Jego głód miał inne podłoże – duchowe. Każdego dnia dostarczał sobie wszelkie ilości potrzebnych składników odżywczych, ale to niczego nie zmieniało. Wiedząc o tym, kontrolował się w miarę możliwości. Przełykał ślinę i czekał, jednak bezsenność, głód i bezczynność to nie jest dobre połączenie. Wyłączył radio. Ubrał się, zamknął dokładnie drzwi i przez kilkadziesiąt minut jeździł po mieście z prędkością, jaką osiągało się raczej na wyboistych i dziurawych polnych ścieżkach. Raz zatrzymał się na chwilę nad Tamizą i przeszedł kawałek wzdłuż rzeki, później zawahał się niedaleko wejścia jednego ze znanych mu klubów. Zrezygnował z dziwnym zniecierpliwieniem, wsiadł do samochodu i wrócił. Teraz wreszcie mógł zdrzemnąć się na godzinę albo dwie przed świtem. Tyle mu wystarczy; później prześpi się trochę w okolicach południa. Kiedy ściągał płaszcz, słyszał, że jakiś samochód zatrzymuje się niedaleko, ale nie przejął się, stwierdzając, że ktoś wraca późno, albo zamówił taksówkę. Pochylił się, żeby ściągnąć buty i nagle czyjaś pięść po raz pierwszy huknęła o jego drzwi. Raz, a potem kolejny. Serce Anglii drgnęło. Wyprostował się gwałtownie, na powrót całkowicie rozbudzony, w pierwszym momencie myśląc, że coś się stało: dzwonili do niego, ale sprawa była tak pilna, że wysłali kogoś, bo potrzebują go teraz, natychmiast, w parlamencie. Odwrócił się, by jak najszybciej otworzyć drzwi; w momencie, w którym miał już rękę na klamce, uświadomił sobie, że osoba, która woła go po jego prawdziwym imieniu, ma podejrzanie znajomy głos. Ale to przecież nie mógł być...
To był on.
Przez sekundę obaj stali naprzeciwko siebie: Ameryka ubrany zupełnie po cywilnemu, rozczochrany i spocony, niczym zadowolony z siebie labrador, który przeżył cudowne chwile w kałuży błota i wrócił podzielić się szczęściem z innymi – i on w swoim dopasowanym trzyczęściowym garniturze, równo związanym krawatem w biało niebieskie paski i zegarkiem wskazującym czwartą czterdzieści trzy nad ranem.
Anglia był, w gruncie rzeczy, osobą, która miała doskonale wyćwiczoną umiejętność podejmowania szybkich decyzji. Popatrzył na Stany spokojnie.
— Nie – powiedział i zatrzasnął drzwi przed jego nosem. Odwrócił się na pięcie, z zamiarem zaparzenia sobie herbaty na uspokojenie. Ale...
Ameryka wyważy mu drzwi, jeśli się uprze, a Anglia lubił swoje drzwi. To nie była ich wina, że pewne bezczelne supermocarstwa dysponowały supersiłą.
Po drugie... Anglia, rzecz jasna, nie pochwalał ciekawskości i plotkarstwa. I znowu: ale.
Anglia wrócił do przedpokoju, otworzył drzwi i obdarzył Amerykę długim spojrzeniem, od czubka jego irytującego kosmyka, po nieco ubłocone podeszwy drogich butów. W końcu popatrzył mu w oczy, ściągając odrobinę brwi.
— Dlaczego?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 26, 2016 7:56 pm

Ameryka spodziewał się trzasku drzwi, więc nawet nie drgnął, gdy te zamknęły się tuż przed jego nosem. Nie krzyczał też, nie kręcił się w złości jak trzepnięta osa. Nie próbował nawet wyważyć drzwi. Po prostu czekał, spodziewając się, że ciekawość wygra i Anglia mu otworzy. Nie pomylił się.
(A gdyby się pomylił – najpewniej faktycznie wybiłby z zawiasów drzwi.)
Poświęcił więc te parę sekund na zastanowienie się nad stanem Arthura. Przede wszystkim nad faktem, że o tej porze, praktycznie w środku późnej, chłodnej nocy, Anglia był nieskazitelnie elegancki, ubrany w dopasowany garnitur, prążkowany krawat, z zaczesanymi włosami i, Alfred tak podejrzewał, zapewne nawet wyszczotkowanymi brwiami.
Zazwyczaj ludzie tak nie wyglądali o czwartej nad ranem.
Inaczej. Nie powinni tak wyglądać.
Alfred zmarszczył więc brwi i wtedy drzwi otworzyły się ponownie.
Dwie minuty, pomyślał odruchowo, odliczając czas całej tej farsy. Zakładał pięć, był więc – w pewien tylko sposób – pozytywnie zaskoczony.
- Eisenhower zakazał mi się z tobą spotykać – wyjaśnił Alfred spokojnie, poprawiając plecak, który znowu zsunął mu się z ramienia. – Pokazuje mu właśnie, żeby pocałował się w dupę.
Ameryka uznał, że otwarcie drzwi po raz drugi oznacza zaproszenie, albo lepiej – przypieczętowany kontrakt, wychylił się więc do przodu i zajrzał do środka, rozglądając się po domu Anglii.
(Który i tak znał aż za dobrze. Zwłaszcza przez ostatnie wizyty.)
- Przyniosłem własną kawę – dodał, opierając się dłonią o framugę. Był zmęczony wielogodzinnym lotem. Jego umysł był ociężały i senny, ale z oczu nawet teraz nie znikał ożywiony, czujny błysk, który lustrował wszystko uważnie. Nie umiał skupić się tylko na jednym punkcie (o ile nie był on Arthurem), więc zdążył obejrzeć wnętrze oświetlonego korytarza jeszcze pięć razy, zanim wreszcie wrócił wzrokiem do twarzy Arthura (nadal chorobliwie bladej), jego gładko ulizanych włosów (przesuszonych) oraz odprasowanego, kanciastego garnituru (starty przy mankietach).
- Przepraszam za to nie dyskretne pytanie, ale Anglio czy ty sypiasz w garniturze? – spytał Alfred.
I zrobił to jak najbardziej poważnie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 26, 2016 8:56 pm



— Aha.
Anglia skinął głową. Nie skomentował, bo jego mózg tak naprawdę dopiero zaczął analizować skalę absurdu tej sytuacji.
Przypatrywał się Ameryce sceptycznie.
— ...lubimy się na tyle?
Wiedział, że nie przypadł Eisenhowerowi do gustu właściwie głównie z częstych narzekań Churchilla. Zgodnie z wolą swojego premiera nigdy nie spotkał się z prezydentem Stanów, bo, jak twierdził Winston, nie miało to żadnego sensu. Pod tym zdaniem kryła się opinia, że widok Anglii nijak nie zmieniłby opinii Eisenhowera na temat ich zdolności do bycia godnym uwagi sojusznikiem. Churchill bardzo się tym przejmował, Anglia... Anglia na pewno przejmował się tym, że Churchill się przejmuje. Potrzebowali Ameryki.
Anglia zawahał się. Wiedział, że tym razem wizyta Ameryki będzie miała konsekwencje, a jakie, zależało od tego, co teraz postanowi zrobić.
— Więc spakowałeś plecak i uciekłeś z domu – zauważył oschle, odsuwając się, by wpuścić go do środka. Walka i tak byłaby jak próba nie wpuszczenia do domu wiatru. Poza tym Ameryka wyglądał na zmęczonego i zaaferowanego, więc Anglia, choć delikatnie oszołomiony, wiedział już, że nie mógłby wyrzucić go teraz za drzwi.
Anglia odetchnął. Nie zrobił tego dla mnie. Po prostu nie lubi, gdy mu się rozkazuje. Jest uparty. Ale może... Cóż, Churchillowi na pewno spodoba się ta wiadomość. A Anglii podobało się, kiedy Churchillowi coś się podobało. Właśnie, stwierdził i westchnął ostentacyjnie. Nie chciał się uśmiechnąć, by nie dawać Ameryce do zrozumienia, że pochwala jego zachowanie. Zamknął jednak drzwi, przekręcił klucz w zamku i odwrócił się, pieczętując tym samym swój własny los. Była czwarta nad ranem, a Ameryka wyglądał na tak zmęczonego, jakby naprawdę w pośpiechu chwycił parę ważniejszych rzeczy, fałszywy dowód, kawę i pilota prywatnego samolotu, a później przeleciał Atlantyk w rekordowym tempie. To było tak nieodpowiedzialne z jego strony, tak dziecinne i absurdalne, że, właściwie, zabawne. Wbrew pozorom Anglia często cieszył się, że to nie on odpowiada już za każdą głupią decyzję Ameryki.
— W trumnie – potwierdził. – Z pagórkiem podsumowań finansowych pod głową zamiast poduszki. Przykrywam się do snu twoją podartą flagą.
Odwrócił się i popatrzył na Amerykę z ironicznym pobłażaniem.
— No dobrze – dodał, najwyraźniej podejmując decyzję. – Możesz zostać tutaj do rana, a później zobaczymy.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 12:14 am

Ameryka podrapała się po nosie i spojrzał na Arthura, unosząc do góry brwi w wyrazie delikatnego, bardzo stonowanego zdumienia. W końcu nie chciał już tu i teraz wylądować za progiem, a był wyjątkowo wyrozumiały. Troszeczkę.
- Nie – odpowiedział krótko.
Wszedł do środka, ledwie tylko Anglia dał mu chociaż cień przestrzeni, by to zrobić. Zsunął plecak z ramienia i machnął nim niedbale.
- Aha. Coś w tym stylu – przyznał, bez cienia wstydu czy zakłopotania.
Tak. Uciekł. Czy raczej demonstrował temu cholernemu prezydentowi, że nie może mu rozkazywać. Ani pomiatać. Ani kontrolować. Alfred nienawidził oddechu FBI na swoich plecach. Mieli teczki na każdego, także i na niego – wiedział to doskonale. Tylko po co komuś teczki na własny kraj? Nie podobało mu się to, ale Alfred nie wyrażał teraz na głos własnych rozważań i problemów.
Nie zrobiłby tego raczej przy nikim, a już na pewno nie przy Anglii.
Wpuścił mnie tylko dlatego, że mnie potrzebuje. On i Churchill. No i wie, że nie dałbym mu wyboru.
Ameryka nie miał złudzeń. Choć… Czy mogła być mowa w tym wypadku o złudzeniach? Przecież niczego nie oczekiwał od Anglii. Chciał tylko pokazać wielki środkowy palec ludziom, który próbowali go kontrolować. Po tym, co zrobił Anglii, powinni wiedzieć lepiej. A Alfred miał nadzieję, że niedługo w Białym Domu odkryją, że to kartoniki z herbatą zatkały sieć kanalizacyjną.
Wiedział, że to dziecinne, ale aż uśmiechnął się z satysfakcją, wyobrażając sobie ich miny. Uśmiech mimowolnie wypełzł mu na twarz, bo Ameryka nie myślał o tym, czy chce go ukryć przed Anglią. Była to mina szeroka, promienna i w całości skierowana do wszystkiego, tylko nie do jego byłego opiekuna. Dla niego Alfred miał asortyment krzywych uśmiechów.
- Hm. To brzmi jak ty – przyznał. – Wcale bym się nie zdziwił, gdybyś tak robił. Pewnie nawet nie luzujesz krawatu. Choć to musi być strasznie niewygodne. – Wzruszył ramionami. – Swoją drogą mam nadzieję, że przynajmniej dbasz, by była na niej właściwa ilość gwiazdek.
Ameryka, naturalnie, zignorował dalszą część słów Anglii, bo decyzja już zapadła i nie było odwrotu. Może Anglia o tym nie wiedział, a może tylko wmawiał sobie lub grał w grę pozorów. Dla Alfreda jednak wszystko było zadecydowane w chwili, w której wrzucił pierwszą rzecz do wytartego plecaka. Dlatego teraz nawet nie zrobił Arthurowi wyrzutów, zamiast tego ruszył do kuchni, gdzie niedbale i z impetem rzucił plecak na jedno z krzeseł, po czym hałaśliwie odkręcił kran (na pełen strumień, choć nie było takiej potrzeby) i zaczął wlewać wodę do czajnika, rozchlapując część płynu na boki.
Nie zwrócił na to uwagi.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 10:21 am

Anglia skinął głową ze zrozumieniem i pełną akceptacją. Uważał dokładnie to samo.
— Cieszę się, że dla odmiany w czymś się zgadzamy – mruknął, wpuszczając go do środka. Przy okazji zwrócił uwagę na wiele szczegółów jednocześnie: na przykład na to, że Ameryka nie na sobie żadnego porządnego płaszcza, a londyńskie noce ostatnio są często zimne i dżdżyste, a poranki przesiąknięte rosą. Czy wziął ze sobą wystarczającą ilość gotówki? Ambasada amerykańska mogła już być poinformowana, że się tutaj pojawił. Prawdopodobnie, gdy tam się wybierze, dostanie rozkaz, by natychmiast wrócić do kraju. Rozkaz, którego może znowu nie posłuchać, ponieważ był cholernymi Stanami Zjednoczonymi. Ostatecznie zostanie bez pieniędzy, obrażony na swój rząd, bez kurtki i z puszką kawy. Tutaj. Bo zakazano spotykać mu się z Arthurem Kirklandem.
— Jeśli jeszcze kiedyś będziesz zaprzeczał, że nie jesteś dziecinny, przypomnij sobie ten moment – zaproponował Anglia, dając jednak znać, że jednak bardziej go to w tym momencie bawi niż niepokoi. Uśmiechnął się pod nosem. Kiedy był młody, sam  próbował uciec od tego czy innego władcy. Parę razy w swojej historii skończył uwięziony w Tower, raz chcieli go spalić na stosie, ale ktoś go uratował. I raz ścięto mu głowę – ale to akurat nie miało związku z jego konfliktami z władzą. To wszystko były decyzje, których żałował równie mocno, co czuł z nich dumę. W każdym razie, pomyślał, rozumie Amerykę. Bardzo dobrze.
— Oczywiście, że to brzmi jak ja. Przecież bym cię nie okłamał, Ameryko. – Wzniósł na chwilę oczy ku niebu, a później zdał sobie sprawę, że rozmowa między nimi nie może być po prostu bezkonfliktowa: i zrozumiał to w momencie, w którym zobaczył, że Ameryka wchodzi do jego kuchni bezczelnie, bez zaproszenia, jak do swojego własnego domu. Jedna brew Anglii drgnęła w nerwowym tiku.
No tak. To nie będzie proste.
— Doceniam twoją troskę, ale nawet, jeśli jest mi niewygodnie, wspiera mnie moja nienawiść do Francji – odparł jednak tym samym ironicznym tonem, jeszcze nie dając po sobie niczego poznać. Pełen złych przeczuć wszedł za Ameryką do swojej kuchni. Och, tak. Dokładnie tego się spodziewał, jednak nie wyleciał przed siebie, ani nie krzyknął, by powstrzymać Amerykę. W pewnym sensie czuł się tak, jakby znalazł się we wnętrzu specyficznego, realistycznego snu. Nie do końca wierzył, że Stany Zjednoczone, łagodniejszy niż ostatnio, stoi przy jego zlewie i robi zamieszanie.
— ...zmniejsz strumień, bo rozlewasz wszystko na boki – pouczył go. – Co właściwie próbujesz zrobić, kawę?
Wszedł w głąb kuchni i przyjrzał mu się uważnie.
— Nie jesteś raczej głodny?
Tak jak obiecał, na razie pozwalał mu zostać. Resztę ważnych kwestii poruszy rano.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 2:04 pm

Ameryka nie przejął się uwagą o dziecinności. Może to co robił było trochę szalone a trochę nieodpowiedzialne, ale to nie oznaczało, że ma czegoś nie robić i dawać się kontrolować. Ustalał jasne granice, a z doświadczenia wiedział, że ludzie tego nie zrozumieją, o ile nie postawi na swoim. Dlatego robił rzeczy, które dla innych były dziwne czy egoistyczne. Zarysowywał twardą linię pomiędzy tym co może zrobić, a próbami rozkazywania mu. I to tak irracjonalnymi jak „nie spotykaj się z Anglią, bo nic nas ten kraj nie obchodzi”. Z całym szacunkiem, ale miało to tyle wspólnego z dobrem państwa, co zabronienie mu zjadania na obiad zestawu z McDonalda. A i to próbowano robić. Następnego dnia Alfred zamówił więc dwa zestawy. I bardzo głośno szeleścił przy agentach papierkami.
- Oczywiście, Anglio. Zawsze byłeś ze mną szczery. Pomijając kwestię wróżek, które nie istnieją. – Wzruszył ramionami i posłał mu krzywy uśmiech.
A potem jak rakieta ziemia-ziemia, nie do zatrzymania, ruszył do kuchni, która wydała mu się dziwnie mała i ciasna, ale nie mówił tego głośno. Zabawne, że w powietrzu zdawał się odczuwać dziwny, zwietrzały zapach mąki. Zmarszczył nos.
- Znowu piekłeś? Ostatnio robisz to często? – spytał, skutecznie dbając o to, by jego głos brzmiał na nie zainteresowany i kompletnie obojętny.
Zresztą jego uwaga łatwo przeskakiwała do kolejnych tematów. Po prostu… Zastanowił się. Pamiętał, że Anglia dużo piekł i gotował, gdy Alfred był mały. Ale kiedy to było? Potem ciężko było mu sobie wyobrazić to potężne imperium z wykrzywioną twarzą w kuchni przy piecu. Alfred zastanawiał się, czy Anglia przestał robić takie proste rzeczy przez niego. To były egoistyczne myśli, uzależniając zachowanie i zmiany w nim drugiej osoby od siebie, ale Ameryka był egoistą.
Każdy kraj był. W dużym sensie.
- Robię kawę. Mówiłem ci, że przywiozłem ze sobą zapas. – Wzruszył ramionami. – Masz przynajmniej cukier? Jak można żyć bez cukru… - urwał. Dopiero po takiej chwili zmniejszył wodę, ale też praktycznie wlał już to co trzeba do czajnika, więc po chwili zastanowienia po prostu ją zakręcił. – Głodny? Może. Zależy, co masz – odparł Anglia, odstawiając czajnik.
Drugą ręką otworzył lodówkę, jakby nie oczekiwał odpowiedzi – po prostu sam postanowił sprawdzić.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 4:21 pm

Anglia spojrzał na Amerykę. Jego oczy wydały się ciemniejszy niż zwykle.
— Powtórzysz to duchowi, który pojawia się w pokoju gościnnym. Wciąż uważa ten budynek za swój dom, więc nie przepada za gośćmi. – Bez względu na to, czy Anglia zmyślił ducha, czy mówił prawdę, zabrzmiał poważnie i niemal ostrzegawczo; jakby karcił Amerykę, przestrzegając go przed tym, co dzieje się z niedowiarkami w obliczu magii.
Prawdę mówiąc, wystarczy mu, jeśli gdzieś w głębi duszy Ameryki zasiane zostaje choćby pojedyncze ziarenko niepokoju. Należało mu się; jeden z gatunków wróżek naprawdę słabł, gdy głośno poddawało się w zwątpienie ich istnienie. Inny był z kolei tak złośliwy i paskudny, że z pewnością spłatałby Ameryce kilka figlów, gdyby Anglia usunął z domu odstraszacz.
Westchnął i nie odpowiedział na żadne z dwóch pytań. Stany nie zmienił się od małego: kiedyś też zdawał więcej pytań niż oczekiwał odpowiedzi i zmieniał obiekt zainteresowania co parę sekund. Już wtedy Anglia nauczył się rozróżniać, kiedy Ameryka naprawdę chce znać odpowiedź, a kiedy mówi coś tylko po to, żeby mówić. W tym przypadku to musiało być to drugie. Czemu nowe, wspaniałe supermocarstwo miałoby dbać o pieczenie ciastek?
— Jesteś tutaj gościem. – Po raz kolejny nieproszonym, ale Anglia dał temu spokój. – Jeśli chcesz kawy, wystarczy o nią poprosić. Odsuń s...
Chciał włożyć czajnik na kuchenkę i zająć się Ameryką jak należy, ale ten znów zmienił kierunek i nagle znalazł się przy lodówce. Anglia nie zdążył go powstrzymać, ale zdążył się zirytować. Jego twarz znieruchomiała, jego serce drgnęło wstydliwie.
W lodówce nie było niczego poza najbardziej niezbędnymi produktami; mlekiem w dwóch szklanych butelkach, z czego jedna była praktycznie pusta, czterema jajkami, masłem, pomidorami i ogórkami, słoikiem z dżemem oraz garnkiem z wczorajszą zupą, którą Anglia zostawił sobie na kolejny obiad. Wszystko to pozostawiało jeszcze sporo białej, pustej przestrzeni, nadając lodówce wygląd ogołoconej półki sklepowej. Niewiele się tutaj zmieniło od czasów wojny: żadnych nowych produktów, zbytku, dogodzenia sobie.
Problem polegał na tym, że wyglądało, jakby właściciela domu nie było stać na kupienie sobie niczego lepszego, co nie było prawdą. Anglia poczuł jak zalewa go zażenowanie. Gdyby chciał, mógłby postarać się o przyjęcie Ameryki w jednym z pałaców albo w najdroższej restauracji w Londynie. Dałby mu posmakować najlepszej kuchni indyjskiej albo pieczeni przygotowanej przez francuskiego kucharza, południowych deserów i orientalnych ryb. Mógłby zrobić to wszystko i znacznie więcej, gdyby działali na poziomie oficjalnym, na linii Londyn-Wasztyngton, a nie Arthur-Alfred. Arthur Kirkland zadowalał się małymi, twardymi pomidorami i świeżym chlebem, a, tak po prawdzie, nie zadowalał się niczym, bo jego żołądek ściskał się z głodu o wiele za często.
Więc może Ameryka zajrzał po prostu do jego lodówki, ale Anglia poczuł się, jakby ten chłopak siłą wdarł się do wnętrza jego cholernej duszy. W sumie różnica niewielka: i to i to było przestronne, pustawe, zimne i czasami szwankowało z niezrozumianego przez Anglię powodu.
— Proszę, przestań.
Kiedy mówił "proszę", prawie nigdy nie brzmiało to jak faktyczna prośba, a jak zimny, bezwarunkowy rozkaz.  Przez chwilę znów miał zamiar wybuchnąć, ale wtedy stwierdził, że zamiast tego potrzebuje czasu, żeby to wszystko zrozumieć. Amerykę, siebie, to, co właśnie się między nimi działo.
Podszedł do lodówki i zamknął ją, niemal ocierając się przy tym o ramię Ameryki. Spojrzał mu z bliska w oczy z zimnym dystansem; ale wszystko to dlatego, że tak naprawdę jego serce biło szybciej, niż powinno.
— Zrobię ci kawę – podjął po chwili milczenia. – Zagrzeję ci też zupy, jeśli chcesz, a jeśli nie, rano zabiorę cię na śniadanie. W tym czasie możesz wziąć prysznic. Planujesz pójść spać czy zamierzasz zostać na nogach do jutra?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 8:24 pm

Ameryka uśmiechnął się kpiąco i z tym charakterystycznym przekonaniem, że ktoś próbuje zrobić go w balona, ale on jest na to zdecydowanie za mądry.
(Coś w jego wnętrzu drgnęło.)
- Jasne. Duch. Pozdrów go ode mnie, Anglio. Naprawdę myślisz, że wierzę w duchy? – spytał i zerknął tylko prewencyjnie w stronę przejścia na korytarz.
Duchy nie istniały. To tylko kolejne bajdurzenie Anglii. Gdy Ameryka był mały, Arthur często opowiadał mu takie historie. To dlatego… To dlatego został mu delikatny niepokój. Ale teraz był duży i dorosły. Wiedział więc, że duchów nie ma. Właśnie. Tak.
Wrócił do bezpieczniejszej lodówki i nagle niezwykle sympatycznego czajnika.
Zmarszczył nos, gdy zajrzał do chłodnego wnętrza rzężącej cicho lodówki. Rozejrzał się, choć nie potrzebował wiele czasu, by dostrzec wszystkie produkty spożywcze zgromadzone na półkach lodówki. Przez chwilę zastanawiał się, wreszcie zaczął wyciągać jajka i pomidory. A przynajmniej spróbował. Nie był mistrzem kuchni, ale jajecznicę umiał zrobić. Była szybka i pożywna, a to Ameryce zazwyczaj wystarczyło. Nie zdążył jednak wyciągnąć czegokolwiek, gdy Anglia bezpardonowo zamknął drzwi do lodówki. Zerknął na niego dziwnie i przeciągle. Łypnął na niego z zastanowieniem, rozważając czy powinien coś powiedzieć.
I właściwie jak to zrozumieć?
- Daj spokój – odparł na słowa Anglii, choć chłodny, nieprzyjemny dreszcz po raz pierwszy przeszedł mu po plecach, od kiedy wszedł bezpardonowo z butami w życie Anglii. Strząsnął go jednak z siebie. – Zrobię nam jajecznicę. Nie jadłeś dzisiaj nic, nie? Tak wyglądasz. Idę o zakład, że przez pracę zapominasz zrobić zakupów. – Skrzywił się. – Jesteś niemożliwy, serio, Anglio.
Otarcie się było niezręczne. Alfredowi nie przeszkadzał kontakt fizyczny – ale z innymi osobami, przecież nie… Z nim. Kiedyś byli zbyt blisko.
Wzruszył ramionami.
- Jak chcesz. Może być i zupa. I kawa. Nie, nie zasnę. Ale ty się nie krępuj. Wyglądasz koszmarnie, więc chyba tego potrzebujesz. Masz ręcznik?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 9:25 pm

— Nie musisz w nie wierzyć – odpowiedział Anglia, tak pewien siebie, jak nie bywał w żadnej innej sprawie. Zupełnie jakby mówił, że Ameryka nie musi wierzyć w to, że po każdej nocy przychodzi dzień, że tlen jest potrzebny oddychania, a księżyc nie jest stworzony z sera. Pewnego dnia prawda sama przyjdzie i uderzy go w twarz zaciśniętą pięścią.
I nawet nie chodziło o to, czy któryś z duchów faktycznie będzie miał ochotę użerać się z takim niewidzącym niedowiarkiem. Chodziło o to, że Anglia doskonale znał to małe coś, podejrzliwą, paranoiczną iskierkę w duszy Ameryki i wiedział, że łatwiej ją wzbudzić, niż cokolwiek innego. W tej jednej sprawie Ameryka był i zawsze będzie łatwy do zmanipulowania. (Co, obawiał się Anglia, Rosja wykorzystuje przy każdej możliwej okazji.)
Anglia uśmiechnął się z wyższością oświeconego człowieka po to, by chwilę później poczuć, jak irracjonalnie dobry humor ulatuje z niego równie szybko, jak się pojawił. Być może wynikał ze zmęczenia, a może po prostu z tego, że Ameryka, po raz pierwszy od paru lat, przypominał siebie samego z lepszych dni: niekoniecznie odległych. Bo czasem naprawdę zdarzało mu się być niewinnym w tych swoich wadach, młodym, ale nieszkodliwym i do takiego Ameryki, z jego energicznym krokiem, z jasnym spojrzeniem patrzącym zawsze w przyszłość, Anglia mógł przywyknąć. Jednak od końca drugiej wojny Ameryka często zachowywał się różnie. Patrzył mniej z optymizmem, a bardziej podejrzliwie i rozglądał się we wszystkie możliwe kierunki, jakby szukał albo spodziewał się coś zobaczyć. Potrafił być niepokojąco dziki. Ale potrafił też... Cóż, bywać po prostu młody. Ale nieważne, co akurat działo się w jego głowie, Anglia zawsze czuł, że ma nad nim tak samo mało kontroli jak zawsze, zupełnie, jakby Stany uparł się, że może czasem posłuchać absolutnie każdego, ale nigdy nie zrobi nic po jego myśli.
I Anglia naprawdę spodziewał się, że już po sekundzie usłyszy pierwsze szyderstwa i kpiny z tego, co ma w lodówce. Zamknął ją szybko, ale, gdy od razu potem spojrzał w twarz Stanów, doszło do niego, że Ameryka jest, przede wszystkim, raczej zaskoczony. Miał szerzej otwarte oczy, minimalnie uniesione brwi i, przez ułamek sekundy, sprawiał wrażenie zakłopotanego. Anglia ściągnął brwi. Myśl, że ten moment mógł w obu nich wzbudzać nieprzyjemne wrażenie, była nowa, świeża i nie był pewny, czy jej wierzyć. Mógł nadinterepretować, ale, z drugiej strony, znał twarz Ameryki za dobrze. Dlatego zrobiło mu się głupio, że zareagował zbyt gwałtownie. Był usprawiedliwiony. Przecież normalnie Stany (i każdy inny kraj na świecie z wyjątkiem Kanady) nie potrzebował nawet połowy argumentu, by go skrytykować.
Ja jestem niemożliwy?
Nagle uśmiechnął się samym kącikiem warg. Odsunął się o pół kroku, jednocześnie wyraźnie nieco łagodniejąc. Potrząsnął głową do własnych myśli.
— Ta noc jest już wystarczająco dziwaczna bez ciebie próbującego o mnie zadbać. Nie musisz posuwać się aż tak daleko w drażnieniu swojego prezydenta, Ameryko – rzucił lżej po to, by dać im obu możliwość na nie zrobienie z tej wymiany zdań czegoś poważniejszego. Rozmów o, broń Boże, uczuciach. Jeśli Ameryka w jakiś sposób o niego dbał, to Anglia oszczędzał mu wstydu przyznawania się tego.
— Przegrałbyś zakład. Po prostu wciąż jestem trochę chory, choć już niewiele zostało mi do wyzdrowienia. Pod warunkiem, że nie wywołasz trzeciej wojny światowej.
Skinął na Amerykę głową, a później, mając wrażenie, że jeszcze chwila, a okaże jakieś emocje, których nie zamierzał po sobie pokazywać, odwrócił się i skierował do wyjścia z kuchni.
— Chodź – znów obojętność, tym razem wyczuwalnie fałszywa – pokażę ci łazienkę i twój pokój.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 27, 2016 10:47 pm

Ameryka posłał Anglii wymowne spojrzenie. Niedowierzające, nieco kpiące, ale coś czaiło się na krawędzi jego spojrzenia. Coś drgnęło w jego wnętrzu, wiec Ameryka zrobił zaciętą minę i to była cała jego odpowiedź. Mimo to poczuł się trochę nieswojo, jakby od strony wyjścia na korytarz coś patrzyło się mu na kark. Potarł go, oddychając głęboko. To bzdura, pomyślał i uspokoi się. Chwila słabości minęła.
Jego myśli znowu skupiły się na lodówce. Dziwnie pustej. Jakby Anglia zapomniał zrobić zakupów. Albo nie chciał? Ameryka wiedział, że nie chodzi o pieniądze. Arthur był przecież krajem, a to niosło za sobą przywileje. Pewnie znowu pracował. Dużo i intensywnie i przez to nie gotował tak wiele, jak Ameryka w pierwszej chwili sądzi. Może sam sobie trochę wmawiał, że znowu czuje zapach pieczonych angielskich ciasteczek? Głupie sentymenty. Skoro ma tu mieszkać, jutro musi zrobić porządne zakupy!
- Bardzo. Jak zawsze zresztą. – Ameryka wzruszył ramionami.
Tak. Dobrze wiedział, że było to retoryczne pytanie.
- Och, nie przesadzaj. – Machnął niedbale ręką. – Sam jestem głodny, a ty nie mógłbyś marudzić, że jestem niewdzięczny. Mam alergię na zrzędzenie, a mój prezydent robi to zdecydowanie zbyt często. Nie bądź dzisiaj jak on. – Ameryka uśmiechnął się. Oczywiście jak zawsze odrobinę krzywo, jak to miał w zwyczaju przy Anglii.
Ich relacje nigdy nie były wystarczająco lekkie i pozytywne, by robić to bez jakiegoś cienia. Anglia zresztą miał podobnie, więc co miał zrobić Ameryka? Przełamać się? Po co. Nie lubili się. Dopiero co obaj to stwierdzili.
- Jesteś chory i nie możesz jeść? Takie choroby są w ogóle możliwe? – Ameryka zrobił skonsternowaną minę.
Autentycznie nie wiedział.
- Nie zamierzam. Raczej. Ale nie ręczę za niego. To wariat. – Ameryka skrzywił się. – Nie gadajmy o nim, co? Jakbym chciał go widzieć, to bym poleciał do niego. Ale wbrew temu co sądzisz, nie jestem aż tak „dziecinny”. Czy co tam sądzisz. – Machnął ręką.
Ruszył za Anglią.
- O. Więc nie kanapa? Masz dziś w nocy dzień dobroci dla Ameryki, Anglio – zauważył z cieniem rozbawienia Ameryka.
Jeśli spojrzało się na tę sytuację z pewnej perspektywy. To faktycznie było zabawne. Ale tylko trochę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 11:26 am



— Oczywiście. – Poza tym jednym słowem i kpiną w oczach, Anglia pozostawił to bez komentarza. Z pewnością obaj byli, ze swoich punktów widzenia, nieznośni dla drugiego kraju. Tyle, że Anglia dostrzegał oczywiste nieprawidłowości decyzjach i charakterach innych, podczas, gdy tacy jak Ameryka patrzyli na sprawy wokół siebie tylko i wyłącznie przez swoje własne oczy. Ile mogli zobaczyć z tak ograniczonych horyzontów?
— Po pierwsze – zaczął, zastygł z otwartymi ustami i nagle zmienił zdanie. Przez jego twarz przeszła nie tyle rezygnacja, co chęć osiągnięcia jakiegoś kompromisu. – Chociaż raz nie dawaj mi tylu okazji do złoszczenia się na ciebie i będziemy mogli pójść na kompromis. Wiem, że potrafisz zachowywać się względnie przyzwoicie, Ameryko. Nie oczekuję cudów, wiem, że nigdy nie staniesz się taki, jak chciałby ktoś inny.
Niekoniecznie ja, pomyślał. Ktokolwiek. Ameryka miał przecież tą swoją wolność, ogromne jej pokłady, równie rozległe jak ziemie tego, co kiedyś nazywało się Nowym Światem. Wszystkie inne jego cechy, zalety i wady kończyły się tam, gdzie tkwiła ta bliżej nieokreślona potrzeba, by nigdy nie robić niczego wbrew temu wewnętrznemu instynktowi. To mogło być coś romantycznego, pochodzącącego wprost z serca, albo zew małpy świadomej, że któregoś dnia mogą skończyć się banany na jednym drzewie i warto będzie mieć wtedy ochotę, by przeskoczyć na coś innego. Wszystko jedno. To nie był ktoś, kto zatrzymywał się, żeby posłuchać; to był naród, za którym można było wiecznie gonić z nadzieją, że nie odszedł zbyt daleko, albo zrezygnować i szybko stracić go z oczu. Anglia czuł pewne obrzydzenie, gdy o tym myślał, bo zawsze uświadamiał sobie wtedy, że nie jest obecnie w stanie wyprzedzić Ameryki. Pięćdziesiąt lat temu wciąż był przed nim.
— Zdziwiłbyś się, co jest możliwe – odparł. – Ale mogę jeść.
Zawahał się, ale w końcu dumna w nim przeważyła. Anglia uważał, że każda słabość niczym nie różni się od wstydliwej choroby. Czasem trzeba zaakceptować fakt, że bez pomocy nie da się rady, ale nie ma też potrzeby, by publicznie obwieszczać innym o każdym swoim kłopocie. Przede wszystkim, ludzi to nie interesowało.
Nie rozwinął tematu. Potrząsnął tylko głową.
— Sądzę, że na przyszłość powinieneś po prostu trzymać się z daleka od mojego sprzętu kuchennego.
"Więc chciałeś widzieć mnie?"
Odwrócił się i zaprowadził go po schodach do pokoju gościnnego. Zaświecił na chwilę światło i poinformował Amerykę, że skoro nie zamierza już dzisiaj spać, to zmieni pościel na świeżą dopiero rano. Następnie uśmiechnął się pod nosem, słysząc uwagę Ameryki.
— Tym razem przynajmniej zapukałeś – odparł, jakby to miało być wystarczającym wyjaśnieniem, czemu tak sprzyja jego sprawie. – I w końcu to ty wykonałeś dziś gest sprzyjający naszym wspólnym interesom, nie ja. – Bardziej ogólnikowego i okrężnego okazania wdzięczności Anglia nie potrafiłby chyba wymyślić. Wdzięczność była tym bardziej nieśmiała, że zawsze trudno było przewidzieć, do czego Ameryka tak naprawdę dąży.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 1:10 pm

Ameryka zerknął na Anglię i posłał mu jeden z półuśmiechów, który mógł znaczyć wszystko. Od chodźmy na drinka, po – to było zabawne, przez – uważaj co robisz, aż po – czas nacisnąć czerwony guzik. W wypadku Anglii zawsze było ciężko określić, co dokładnie tym razem ma na myśli Alfred Jones.
- Coś za coś, staruszku. Ty nie dawaj mi powodu by być złośliwą łajzą i chyba jakoś się nie pozabijamy. W końcu jesteśmy sojusznikami, nie? Jakbyśmy sobie pourywali głowy byłoby trochę głupio – stwierdził Ameryka, a potem bardzo dojrzale, wystawił Anglii język.
I cóż, Anglia miał rację. Ameryka nienawidził dostosowywać się do standardów innych. Wolał sam ustalać trendy i, jeszcze przed drugą wielką wojną, właśnie to zaczął robić. Nowinki technologiczne, w świecie mody powszechnej, filmy i muzyka zaczęły zalewać Europę jak niepowstrzymana fala tsunami. Ameryka czuł się w tym jak ryba w wodzie, narzucając innym to, co sam nie dałby sobie narzucić. To była hipokryzja, ale Alfred rozumował, że dzięki temu zachowuje wolność. Poza tym nikt nie kazał innym czerpać z tych wzorców. Oni sami chcieli, prawda?
Więc to on po prostu robił na nich wrażenie.
- Pewnie tak, nigdy nic takiego mnie nie dopadało – przyznał niedbale i wzruszył ramionami. – No, to dobrze. Jesteś moim sojusznikiem i lepiej, żebyś nie umierał z głodu. Mimo wszystko.
Bo przecież nie martwiłby się o stan Anglii poza faktem, że był jego europejskim buforem. To tylko prosta polityka. Ameryka nie czułby się dobrze widząc sojusznika (ważnego strategicznie) słaniającego się na nogach. Bo wtedy miałby kolejny problem na głowie. Póki co Korea mu wystarczyła.
Oczywiście.
- Czemu? – zmarszczył brwi. – Jestem twoim gościem, chcesz robić każdą moją zachciankę? – spytał całkiem poważnie, mrużąc oczy.
Mimo to w ich błękicie zabłysł cień rozbawienia. Anglia gosposia był trochę przerażającą wizją.
Swoim zwyczajem, Ameryka wsunął dłonie w kieszenie spodni.
- Hę? Skoro tak uważasz. – Ameryka uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami. – Możemy tak to nazwać. Ładnie brzmi. A tak poważnie… Eisenhower to idiota. Ja na niego nie głosowałem. – Wyszczerzył się.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 2:34 pm

— Nigdy ci nie daję takiego powodu. Kiedy masz zły humor, po prostu szukasz wymówki, żeby się wyżyć. – Często ulegał kaprysom Ameryki, ale prędzej go piorun trafi, niż zmieni zdanie w tej kwestii. Wierzył, że nie ma sobie niczego do zarzucenia. Wszystkie problemy świata wynikały z tego, że Ameryka był Ameryką i, trochę, ponieważ Rosja był Rosją. Gdyby oni wszyscy byli bardziej jak Anglia, ziemia momentalnie stałaby się znacznie lepszym miejscem do życia.
Przewrócił oczami.
— Nie życzę ci źle, ale jestem pewny, że nic cię nie ominie, Ameryko. – Chociaż to zdanie było pełne, to wybrzmiało, jakby Anglia planował coś dodać, ale zmienił zdanie w połowie myśli. Skinął do siebie głową, jeszcze raz przesunął palcami po powierzchni lodówki – chłodnej, wciąż emanującej nowością – a później wszedł na górę, by pokazać Ameryce wszystko to, co od dawna czekało na odwiedziny gości. Mimo, że mało kogo przyjmował we własnym domu, to meble były wytarte z kurzów, a wszystkie przedmioty ułożone w porządku. Pokój pachniał jak nieużywane miejsce i tchnął tym specyficznym chłodem pomieszczenia, do którego rzadko ktokolwiek zagląda.
Później Anglia zniknął na kilkanaście sekund za innymi drzwiami po to, by wrócić z szorstkim i sztywnym ręcznikiem.
Akurat wtedy Ameryka spojrzał na niego ze specyficznym rozbawieniem, przez co Anglia odniósł wrażenie, że właśnie wyobraża sobie coś bardzo głupiego. Może to, że będzie miał teraz w nim służbę domową. Że Anglia będzie mu piec ciasteczka, prasować ubrania i przynosić herbatę na podwieczorek. Anglia parsknął pod nosem, a później wepchnął ręcznik w ręce Stanów.
— Jesteś moim gościem – wyjaśnił z powagą. W tym stwierdzeniu zawierało się, że owszem, Anglia będzie robił dla niego tyle, ile wypada. – A więc jesteś w moim domu, a mój dom to moje zasady. Zatrudniam pomoc tylko na część etatu, ale nie przypuszczam, żeby to był problem. Przecież nie zamierzasz zamieszkać u mnie na stałe.
Uśmiechnął się z leciutkim rozbawieniem. Uważał, że Ameryka wyniesie się już jutro, a najpóźniej pojutrze. Jeśli nie przekona go ambasador, to coś innego.
Zaprowadził Amerykę pod łazienkę, a później stanęli przy niej obaj. Rozmowa jeszcze się nie skończyła. A przynajmniej Anglia nie wiedział, jak ją zakończyć, bo uważał, że powinien powstrzymać się przed nazywaniem prezydenta Ameryki idiotą. Wskazał ruchem głowy na łazienkę, wzrok miał pełen zastanowienia.
— Nie, najwyraźniej nie głosowałeś. – Znów pauza, odchrząknięcie. – Cóż, Ameryko. Zejdź do kuchni, gdy skończysz.
Skinął głową i zostawił go na piętrze.
Anglii nie przystawało otwarte okazywanie uczuć, więc uznał, że najlepszym dowodem na jego aprobatę (i może nawet wdzięczność) dla zachowania Ameryki będzie kawa i porządna porcja jajecznicy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 3:47 pm

- Jasne, jasne. A ty wcale nie masz mi za złe ostatnich… Dwustu lat naszej znajomości, co, Anglio? Zwłaszcza tego, że pokazałem ci środkowy palec w osiemnastym wieku. – Ameryka roześmiał się, jakby Arthur opowiedział doskonały żart.
W rzeczywistości w jego humor wkradł się cień irytacji. Ale tylko cień, który zniknął zaraz potem. Był to bowiem element, który Alfred szczególnie nie lubił w Anglii. Ta jego pamiętliwość i nie pozostawianie spraw w spokoju. Nie wątpił, że to o to chodziło, ale Anglia wolał zmieniać to tak, by były setki innych powodów. Nie, nie były. Anglia miał mu za złe, że nie jest jego kochanym braciszkiem. Takim drugim Kanadą, służącym za podnóżek. Amerykę to frustrowało. Nie chciał mieć złych relacji z Anglią.
Nie, żeby zależało mu na dobrych. Skądże znowu.
Po prostu… To było męczące. Fakt, że Anglia ciągle patrzył na niego tylko przez jeden, jedyny pryzmat.
- Chcesz żebym się potknął, co? – spytał retorycznie Ameryka. Wzruszył ramionami. – To nic złego. Wszyscy tego chcą. A ponieważ zawsze robię oczekiwaniom innym na przekór. – Błysnął zębami w uśmiechu.
Naprawdę nie był zły. Teraz. Czasami…? Czuł spojrzenia za swoimi plecami, słyszał zniżany do szeptu głos, widział znaczące gesty dłońmi, skinięcia głową. Czuł cienie krajów, które podpełzały do niego w środku mroku. Nie bał się ich.
Był tylko zły, że ludzie nie mogą się pogodzić z tym, że jest lepszy.
Bo był lepszy.
Ameryka wziął ręcznik z rąk Anglii. Był szorstki, szary i Alfred przez chwilę wodził po nim palcami.
- Czy ty go krochmaliłeś? – spytał całkiem poważnie. – O, nie. Raczej nie. To tylko przejściowe. A co? Chciałbyś? Daj spokój. Wiem, że nie. – Parsknął. – I ja też nie. Patrz, jak często się dzisiaj zgadzamy! Ale chyba czajnik jak użyję, to nic się nie stanie. – Wzruszył ramionami. – Nie wybuchnie mi w rękach.
Ameryka póki co nie myślał o tym co będzie. Kogo po niego przyślą. Jaką awanturę mu zrobię. Nie obchodziło go to. Nie teraz.
- Jasne i dzięki. Czy coś. – Nie włożył w te podziękowania serca, bo zawsze czuł się co najmniej idiotycznie w takich chwilach. Co właściwie powinien powiedzieć? Czy faktycznie podziękowania były na miejscu przy ich dziwnnych relacjach? Dlatego okrasił je jeszcze wzruszeniem ramion i wszedł do środka, zamykając za sobą głośno drzwi.
Nie trzasnął nimi przed nosem Anglii. Po prostu taki już był.
Woda u Anglii była letnia. Nie gorąca, jak lubił Ameryka. Miała metaliczny, niepokojący posmak i Ameryka wolał nawet nie myśleć, jaka będzie w smaku. Umysł się szybko, szorując się ługowym mydłem, jakie znalazł w łazience. Przepłukał włosy, ale nie tracił czasu na umycie ich. Zapomniał z Ameryki Lustre-Creme, a wolał nie sprawdzać jakich szamponów używa Anglia.
Pewnie takich na porost brwi.
Gdy wyszedł, przetarł się i ubrał w zapasowe ubranie, które całe wymięło się podczas podróży, zszedł na dół, stukając obcasami skórzanych, niskich butów.
- Anglio? – Zajrzał do kuchni. Zapach kawy zachęcił go, by wszedł głębiej i dostrzegł… - Czy ty robisz tę jajecznicę? – Uniósł brwi. – Jezu, naprawdę jesteś niemożliwy. – Roześmiał się.
Coś w nim drgnęło, ale zignorował to. To nic takiego, pomyślał. Chciał mi tylko pokazać, że sam to zrobi, skoro ja chciałem to zrobić najpierw. To kolejny przytyk, nic więcej.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 5:11 pm


Piąta rano. Na stalowym niebie pojawiło się więcej światła, a rosa zaczęła się skraplać na kłosach trawy i szkle niedomkniętych okien. Rozstawiony wzdłuż ulicy rząd latarni zaczął sprawiać dziwne wrażenie, jakby był włączony niepotrzebnie. Anglia zobaczył, jak z domu naprzeciwko, opatulona w długi płaszcz z wełny, wychodzi ta sama dziewczyna, co zawsze. Przypuszczał, że obecnie praktykuje w jakimś sklepie na drugim końcu Londynu i musi wyjść tak wcześnie, żeby zdążyć. Zobaczył jej rumiane policzki i parę, która wydostawała się z jej ust, gdy tak szła prędkim, energicznym krokiem, rumiana i młoda. Przypominała mu Amerykę, zrozumiał teraz. Nic o niej nie wiedział, ale wiek, zajęcie, gotowość do działania i jakaś ta prostota jej życia, którą sobie tylko wyobrażał, nie po raz pierwszy zwróciła jego uwagę.
A Anglia stał w swojej jasnej kuchni, blady, smukły, chłodny oraz bardzo zmęczony w bliżej nieokreślony sposób. Mieszał drewnianą łyżką jajecznicę, walczył z napływającą mu do ust śliną i czuł się irytująco zmieszany swoim brakiem energii. Nie potrzebował tego jedzenia aż tak bardzo. Po prostu para, która unosiła się nad patelnią, mocno pachniała śniadaniem. Jajecznica, czerwona fasolka, pieczony pomidor i kawa. Jego żołądek skręcił się z głodu, a po chwili wydał z siebie niecierpliwy bulgot. Anglia przesunął dłonią po swoim brzuchu tak, jakby uspakajał warczącego psa. Po raz kolejny przełknął ślinę. Później usłyszał skrzypnięcie czwartego stopnia schodów, znak, że Ameryka zaraz się pojawi.
Wiedząc to, uniósł patelnię i zaczął zrzucać całą zawartość na jeden talerz. Przy okazji stwierdził, że jajka ścięły się chyba trochę za bardzo, ale trudno, w niczym to przecież nie przeszkadzało.
— Nie, Ameryko. Właśnie kończę tutaj pisać moją książkę na temat trzeciej żony diuka Buttershire, nie widzisz tej maszyny do pisania w moich rękach?
Głupie pytania dają głupie odpowiedzi, powtarzał Anglia. W głębi duszy naprawdę lubił jednak głupie pytania; okazja do poprawienia sobie humoru bywałą na wagę złota. Wyrzucił więc z siebie swoje wątpliwości, powtórzył sobie po raz kolejny, że wcale nie przestaje być młody, że to jedynie choroba, zmęczenie, nic więcej. Musi odsapnąć, a później znowu będzie bardziej sobą.
Jajecznica wylądowała na talerzu obiadowym obok czerwonej fasolki z puszki i pomidorów. Brakowało bekonu, ale Anglia nie miał go w domu.
Nie rozumiał, czemu niby jest niemożliwy. Przygotowanie śniadania, które Ameryka chciał zjeść, było przecież naturalne. Tak się robiło. Gdyby miał służbę, zrobiłaby to za nich, ale, cóż. Jest jak jest. Ale jednak śmiech Ameryki wybrzmiał w jego uszach znajomo, jak jakaś stara piosenka albo głos dawno nieżyjącego przyjaciela. Stany naprawdę był dziś bardziej sobą, a to... Czy to nie oznaczało, że sprawy miały się w dobrym kierunku?
Anglia uśmiechnął się do siebie krótko, ale kiedy odwrócił się do Ameryki, po tym wyrazie twarzy nie było już śladu. Popatrzył na młodszy naród oceniającym wzrokiem, jakby sprawdzał, czy aby na pewno dobrze się wyszorował. Później postawił na stole talerz ze śniadaniem i kawę.
— Proszę. Przecież sam chciałeś coś zjeść – stwierdził odrobinę obronnym tonem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 7:38 pm

Po raz kolejny znalazł się w kuchni Anglii. Zapach jajecznicy, podsmażanej papryki i kawy przyjemnie drażnił nozdrza i sprawił, że brzuch Ameryki zaburczał znacząco. To przypomniało mu, że nie jadł od… Cóż, od dawna. W samolocie raczej zapomniał o posiłku (głównie myślał o setkach innych rzeczy), a potem nie tracąc czasu wsiadł do samochodu i ruszył przed siebie. Zresztą… Raczej wątpił, by coś normalnego było otwarte o tak późnej porze. A teraz tutaj na widok jajecznicy, angielskiej jajecznicy, faktycznie czuł głód. Odetchnął cicho, przełykając ślinę. Pewnie inni rzuciliby teraz żart o spaleniźnie, ale Alfred był na to zdecydowanie zbyt głodny.
Na swój sposób było w tym coś abstrakcyjnego. Scena jak z filmu familijnego. On z wciąż wilgotnymi włosami, świeży i rześko pachnący, a z drugiej strony Anglia przygotowujący mu śniadanie. Spokojny, niewzruszony. Kiedyś jeszcze się uśmiechał. Dużo mówił. Ameryka już jakiś czas temu zauważył, że w XX wieku stał się bardziej przygaszony, milczący i zamyślony. Ale może był taki po prostu przy nim.
Nie. Wiedział, że nie. Zniżył się do tego, że zauważył to przy Francji. Francis spojrzał na niego dziwnie.
„Wszyscy się zmieniliśmy.”
No tak. Ale Ameryka pamiętał, że gdy był mały, a potem nawet młody – już jako kraj, nigdy nie wyobrażał sobie, że coś może faktycznie złamać Anglię. To było niemożliwe. Nawet po wojnie, nie minęło nawet pięćdziesiąt lat, a on już stanął mu naprzeciw w 1812. Był silny, chłodny i oschły. Ale nie słaby.
A teraz?
Ameryka drgnął, odkrywając, że zapomniał od razu odpowiedzieć Anglii w ich własnej dyskusji.
Uśmiechnął się.
- Idę o zakład, że i tak był to cholernie nudny gość. Ale fakt, to coś, co mógłbyś robić zamiast snu. Jesteś pracoholikiem. – Parsknął z cieniem rozbawienia. – No, chciałem. – Przyznał, zajmując miejsce.
Omiótł spojrzeniem talerz. Zauważył brak bekonu. Otworzył usta, by zauważyć głośno, że u niego podaje się jeszcze bekon, ale potem przypomniał sobie, że nie było go w lodówce Anglii. W lodówce Anglii w ogóle nie wiele było. Ameryka zamknął usta, spuścił wzrok na talerz. Dziubnął jajecznicę widelcem.
- I chciałem to zrobić. Ale nie dałeś mi, powiedziałeś, że tylko odgrzejesz mi zupę, po czym sam zrobiłeś jajecznicę. Dlatego jesteś niemożliwy. – Wskazał na niego widelcem. – Zabawnie uparty.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 10:04 pm


— Hm, idziesz o zakład?
Anglia zerknął na niego przez ramię. Zauważył, że Ameryka zrobił pauzę, zanim odpowiedział, ale w jego twarzy nie wyczytał niczego niezwykłego, więc raczej nie chodziło o nic istotnego. To był ten sam jasny, zarozumiały błękit, co zawsze.
— No to załóżmy się – dodał rozbawiony. Gdy w grę wchodził hazard, to Anglia mógłby próbować postawić na szali całe swoje imperium. Normalnie zadowalał się wyścigami, loteriami, a dawniej walkami zwierząt, ale generalnie wszystko, co zawierało w sobie choćby cień szansy na rywalizację. ekscytowało go niemal w niezdrowy sposób. Nawet teraz na chwilę zapomniał o irytującym, ssącym uczuciu w żołądku, a także o tym, co zaprzątało mu głowę od dłuższej chwili. Włożył energię w to, by brzmieć przekonująco: obojętnie, ale z nutą wyższości i wyzwania.
— Idź do biblioteki, poczytaj jego biografię i sam się przekonaj. Jeszcze zachcesz zrobić o nim film, Ameryko. – Odwrócił się i postawił przed nim talerz ze śniadaniem. Przez chwilę czekał w napięciu, czy Stany podniesie wzrok i rzuci jedną z tych uwag, których Anglia wcale nie słyszał już tysiące razy. Ani razu. W życiu. Widział, że Ameryka ma zamiar coś skomentować, ale jednak, nie wyglądał przy tym szyderczo. A w końcu nie powiedział niczego.
Widok Ameryki, który ma dość taktu przed wspomnieniem czegoś na głos był wystarczająco dziwny jak na tę absurdalną noc. Mimo to Anglia, bardziej wyrozumiały, niż ktokolwiek by o nim sądził, udał, że niczego nie zauważył. Postawił obok Ameryki kubek z kawą, a później usiadł naprzeciwko niego, bliżej okna. Z tej strony ciągnęło przeszywającym chłodem z zewnątrz, ale jednocześnie lepiej oglądało się wschód słońca. Anglia podejrzewał jednak, słońce może dziś w ogóle nie wzejść nad Londynem. Pojawi się więcej światła, niebo przybierze odcień wypłowiałego szarego koca, a z czasem nadciągnie trochę burzowych chmur. Powietrze już wydawało się ciężkie, a wiatr mocny.
— Jestem pewny, że to nie do końca tak wyglądało – powiedział, patrząc w okno. Nie myślał tylko o pogodzi. Miał jednak wrażenie, że na jego umysł opadł ciężar, który przeszkadzał mu w swobodniejszym dochodzeniu do wniosków. Zmęczenie w końcu pojawiło się, objawiając się w najbardziej irytujący sposób. W końcu teraz było już za późno na sen.
Zwrócił swoją twarz na Amerykę i zauważył, że ten je bez narzekania. Anglia powstrzymał uśmiech, poczuł jednak coś na kształt zadowolenia.
— O siódmej muszę wyjść – poinformował go. – I tak naprawdę nie planowałem wrócić przed wieczorem, ale z powodu twojego przyjazdu pewnie zmienię część planów.
A raczej Anglia był pewien, że dostanie nowe rozkazy, ledwo pojawi się w zasięgu parlamentu. Popatrzył na Amerykę ponuro.
— Premier może chcieć cię zobaczyć – oświadczył wprost. – Co mam mu odpowiedzieć?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 28, 2016 11:06 pm

Ameryka zlustrował Anglię wzrokiem i przekrzywił głowę.
- Pewnie próbujesz mnie wkręcić, a sam gość jest piekielnie nudny, co? – Cmoknął. – Daj spokój, Anglio. Gość z masłem w nazwisku nie może być kimś interesującym.
Posłał mu szeroki uśmiech i zabrał się za jedzenie. Jajecznica okazała się zjadliwa, a nawet wręcz smaczna. Alfred nigdy nie miał wyrafinowanego podniebienia i choć często przyłączał się do żartów z Anglii, w gruncie rzeczy nigdy do końca ich nie rozumiał. Może to nie były cudowne potrawy, ale nie były też złe. Były… Zwykłe, pożywne i sycące. Takie, jakie Ameryka lubił. Treściwe, a nie ładne. Jedzenie miało smakować i zapełniać brzuch, a nie wyglądać.
Oczywiście nie powiedziałby na głos, że lubi jedzenie Anglii. Ale cóż.
Lubił je.
Sięgnął po kawę. Popił kolejny kęs. Siorbnął, kompletnie nie widząc w tym problemu. Przetrawił słowa Anglii powoli, jakby z namysłem.
„Nie możesz wziąć urlopu?”
Prawie o to spytał, ale jakie to głupie. Przecież nie zależało mu na obecności Anglii. Nie po to tu przyleciał, prawda? Ugryzł się więc w język i powiedział jedynie:
- Jasne. – Wzruszając przy tym ramionami.
Z drugim stwierdzeniem nie miał aż tyle problemu.
- Żeby się wypchał – skwitował krótko Ameryka. – Albo inaczej – powiedz mu „nie”. Nie przyjechałem tu w sprawach politycznych. Technicznie, to chyba nawet od nich uciekłem? – zauważył i uniósł brwi. – Jeśli byłbym tu formalnie i politycznie, to najpewniej by mnie tu nie było, prawda? Niech poczeka. Może zmienię zdanie i może mi się zachce. – Wzruszył ramionami. – Ale ja powiem kiedy. Mam dość rozkazujących mi polityków jak na ten tydzień. – Uśmiechnął się kwaśno i wrócił do jedzenia jajecznicy.
Anglia mógł mówić, że to dziecinne, irracjonalnie i głupie, ale Ameryka miał zasady. Właśnie przekonywał się o tym Eisenhower, a dla Churchilla nie zrobi wyjątku.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 29, 2016 8:40 am

— To nie nazwisko. – Ameryka miał przynajmniej sto pięćdziesiąt lat, żeby zrozumieć tak podstawowe rzeczy o innych krajach, ale nie zrozumiał. A Anglia nie był zdziwiony, Po prawdzie, sto czy dwieście lat to niewiele więcej od życia przeciętnego ludzkiego życia, a chłopak był narodem. I nigdy nie lubił się uczyć. Kiedy miał usiąść przy książkach od razu trząsł się z nerwów, bardziej podekscytowany tym, że gdzieś indziej właśnie rośnie trawa.
Ludzie myśleli, że Stany się zmienił, ale Anglia często widział znaki, że nie. Że w głębi serca zostało w nim dużo z charakteru, który zaczął kształtować się, gdy Ameryka był jeszcze małą kolonią.
— Więc jak?
Anglia na niego spojrzał. Pomyślał, że ostatnio myśli o tym zdecydowanie zbyt często. Wcale nie dlatego, że aż tak boleśnie tęsknił za czasami, gdy Ameryka był znośny, ale dlatego, że dziś ich relacje zdawały się coraz bardziej upodabniać do tamtego okresu. Wyjąwszy to, czym kiedyś oficjalnie byli. Teraz Anglia usiadł na krześle najpierw wyprostowany i oficjalny; książkowy przykład tego, jak powinno siadać się na krzesłach. Mógłby napisać o tym poradnik. Po chwili jego ramiona się rozluźniły, plecy minimalnie przygarbiły, a gdy Anglia zamyślił się nad swoimi planami, zapomniał się i oparł łokciem o stół, na wpół świadomym wzrokiem przyglądając się, jak Ameryka je śniadanie. Zapach smażonych jajek, fasolki i pomidorów wciąż mieszał się w chłodzie kuchni i irytująco wodził go za nos. To było okropne uczucie jednodniowego głodu, na tyle niewielkiego, że nie robił z Anglii szaleńca, ale dostatecznie irytującego, by męczyć.
— Tak właśnie myślałem – przyznał spokojnie. – Mimo, że jesteśmy krajami i wszystko, co robimy jest w jakimś stopniu polityczne.
Anglia nie wdawał się w szczegóły. Miał wrażenie, że jest bardziej od Ameryki świadomy subtelności polityki. Przejęzyczenie potrafiło wzbudzić kontrowersje wśród dyplomatów, nie mówiąc o tak wyraźnym, otwartym i bezpośrednim sygnale, jak Ameryka wysłał do reszty świata. To może sprowadzić na ich kraje otwarty konflikt. Jeśli rząd Stanów niczego się nie nauczy (a ludzie uczyli się wolno albo wcale), to okaże niezadowolone, na co rząd Wielkiej Brytanii będzie musiał udać skruchę. Ameryka sprowadził na ich wszystkich problemy. Ale Anglia, choć może powinien, nie był zły. Bo oni byli czymś większym niż rząd. Sygnały, które wysyłali w świat swoim stanem i zachowaniem były prawdziwsze, niż jakiekolwiek inne.
— Churchill cię zrozumie. – Czasem miał nawet wrażenie, że Churchill wybaczyłby Ameryce wszystko, a jemu właściwie niczego.
"Na ten tydzień".
Anglia spojrzał na Amerykę krzywo i przez chwilę to rozważał. W końcu pokręcił głową.
— Więc pojadę od razu do parlamentu i powiem, że muszę zmienić wiele planów. Nie powinienem mieć z tym problemów – dodał Anglia cynicznie i, jak rzadko, pozwolił sobie na osobisty komentarz. – W końcu to z twojego powodu.
Ton, jakim to powiedział, sugerował, że ma już wybitnie po czubek uszu retorykę swojego własnego rządu – nawet jeśli się zgadzał w nim zupełności ("Lepsze Stany niż Europa") to realizowanie tego planu w praktyce było nieznośne. Mówili mu, że potrzebuje sojuszników i to była prawda, ale...
Ale sam fakt, że ich potrzebował, był irytujący.
— Jaką masz opinię na temat opery, Ameryko? – zmienił niespodziewanie temat.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 29, 2016 9:30 am

Ameryka podniósł głowę i uniósł brwi.
- Nie? To tytuł? W takim razie brzmi jeszcze bardziej idiotycznie. – Wzruszył ramionami, wracając do jedzenia, które było teraz jego najważniejszym priorytetem.
Był głodny. Wprawdzie jajecznica była trochę sucha, ale treściwa. Do tego wilgotna fasola z puszki i pomidory skutecznie zabijały ten jedyny problem mocno ściętych jajek. Całość znikała w ustach Ameryki zaskakująco szybko, tak, że mrugnięcie okiem byłoby dobrym określeniem tempa spożywania przez niego posiłku.
Szybko. Byle jak najszybciej. Tak było zawsze.
Oderwał wzrok od jedzenia, robiąc przerwę na kawę. Akurat dało mu to chwilę, by przełknąć ostatni kęs i tylko przez moment odpowiadać Anglii z pełnymi ustami. Resztą dialogu przeprowadził sącząc kawę, z końcówką jajecznicy nadal apetycznie żółcącą się na talerzu.
Ameryka podrapał się po policzku.
- To mnie strasznie irytuje. Polityka, polityka, polityka. Bla, bla, bla. Wystarczy, że twój rząd, prezydent czy premier kogoś nie lubi i już masz go wieszać na drzewie, jak tylko zobaczysz go na parkanie. Bzdura. – Zmarszczył brwi. – Na przykład dogaduję się już całkiem nieźle z Japonią – oznajmił nagle.
To, jak Japonia widział jego, oczywiście Amerykę nie obchodziło. Uznał, że skoro dogadują się było w porządku. Dawne zatargi to tylko przeszłość, tak? Szkoda, że z Anglią to nie działało. Może dlatego powiedział to tak głośno i nagle, choć nawet nie przeszedł mu taki powód przez myśl.
- Churchill strasznie mnie chce. Nie ufam mu. – Ameryka skrzywił się. – Jasne, nie krępuj się.
Wzruszył ramionami. To nie był problem. Ameryka był pewien, że zorganizuje sobie dzień. Co zostanie z domu Anglii po jego powrocie było już całkiem innym problemem.
- Hę? Opery? Mówisz o tych waszych trelach wybijających szyby? Wolę musicale. Zwłaszcza Broadwayowe. – Ameryka wyszczerzył się w odpowiedzi.
Spojrzeniem zlustrował kuchnię i znowu wrócił wzrokiem do Arthura. Zawahał się. Zastanowił. Coś go tknęło.
- Zaraz. Nic nie zjadłeś – zauważył. Nie było w tym troski, zmartwienia, zdumienia. Raczej stwierdzenie faktu.
„Nic nie zjadłeś, Anglio. Tak się nie robi.”
Jakby Arthur popełnił jakiś faux pas.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 29, 2016 6:35 pm

Dlatego jesteś taki niebezpieczny pomyślał Anglia. Należysz do tego gatunku ludzi, którzy nienawidzą zasad tworzących nasz świat.
Jednocześnie nie po raz pierwszy doszedł do wniosku, że Ameryka jest utrapieniem nie tylko dla niego, ale właściwie dla całego jego rządu, całego sztabu dojrzałych ludzi próbujących jakoś ujarzmić tego buntowniczego ducha. Taka myśl pocieszała go o tyle, o ile świadomość, że nie smaży się sam w kotle mogłaby pocieszyć grzesznika.  
— Po prostu masz trudności ze zrozumieniem innych ludzi – stwierdził Anglia, uśmiechając się pod nosem. – Jesteś na to zbyt roztrzepany.
Gdyby był bardziej jak swój brat, to może potrafiłby zrozumieć, że nie można być absolutnie wolnym tak długo, dopóki na świecie jest choćby jeszcze jedna osoba. Ameryka nigdy się tego nie nauczył, nie potrafił słuchać ani ograniczać swojego kapryśnego charakteru na tyle, by zaakceptować punkty widzenia innych.
Dla ciebie, myślał dalej Anglia, zwykle istnieje wszystko albo nic, co jest twoją siłą i słabością jednocześnie. A poza tym, kiedyś zabiję cię za to, jak irytująco jesz.
— Cóż – dodał, gdy usłyszał o Japonii. Zmarszczył brwi i zastanowił się. – Jesteśmy głosem, choć nie tym decydującym. Mogą – miał na myśli rządzących – go posłuchać albo i nie. Jeśli nie posłuchają, to ich problem, ponieważ skończą z niezadowolonym społeczeństwem. Eisenhower musi mieć na uwadze twoje uczucia. Ale pamiętaj, że ty też potrzebujesz jego głosu.  
Anglia popatrzył na pusty talerz po śniadaniu. Zostało na nim trochę pomieszanych cieczy, jedna czy dwie fasolki i skrawki jajecznicy. Patrzył na nie, myślał o niedoborze żywności w jego kraju, o kartkach na jedzenie i o funduszach, jakie poświęcał na rozwijanie swoich kolonii i utrzymywanie stabilnej sytuacji w Imperium. Co by zrobił, gdyby nie jego premier, jego dwie piekielne partie, ministrowie i wszyscy ci kłótliwi, irytujący posłowie? Gdyby miał pójść za tym, czego naprawdę pragnął jako naród?
Podniósł spojrzenie na Amerykę.
Stany powiedział, że przekonuje się do Japonii, jakby to miało jakieś znaczenie. Anglia... Anglia właśnie doszedł do wniosku, że tak naprawdę to, kto brał udział w wojnie po której stronie nie obchodzi go aż tak mocno, ponieważ zarówno alianci jak i oś są mu albo obojętni albo wrodzy. Rosji nigdy nie należało ufać, z Włochami i Niemcami nigdy nie miał specjalnego problemu, Francja był skomplikowany (i beznadziejny każdą komórką swojego marnego, francuskiego istnienia, ot co), Japonia zbyt odległy, by na poważnie myśleć o nim w kategorii stałego przyjaciela albo sojusznika. Wiele innych państw nawet nie zasługiwało na to, by Anglia wspomniał w myślach ich imię. Byli dla siebie zbyt obcy i nieważne, ile razy stawali po wspólnej albo po przeciwnej stronie. Stanowił jakąś część ich historii, ale nie ich życia. Doskonale pamiętał, jak często czuł się w Europie samotny, wyobcowany, wystawiony na pośmietnisko i dziwaczny. Był wyspą. Jasno jako swoich wrogów potrafił zaliczyć Hiszpanię, Rosję, czasem swoich braci, a Francja nadal był w tej materii skomplikowany, ale jako przyjaciół? Żadnego z nich.
Więc, kiedy pomyślał o tym, kto naprawdę się dla niego liczy, to od razu wiedział. Kanada, Australia i Nowej Zelandia, narody, które mówiły jego językiem, które były częścią niego. Wolał sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, choćby na tych marnych warunkach, niż z Europą, bo ten cholerny irytujący kraj zawsze będzie z nim jakoś związany, a kraje kontynentu równie dobrze mogłyby znajdować się na drugim końcu świata. Churchill zawsze miał rację. Często mówił bolesną prawdę o tym, że świat się zmienił, że już niedługo Wielka Brytania nie będzie mogła pozostać jedną, samotną wyspą balansującą resztę świata. Czekała go nowa rola, ale mógł ją znaleźć tylko przy boku Stanów Zjednoczonych.
Jakby wiedział, to już dawno utopiłby się w łyżce herbaty, czy coś. To byłaby piękna śmierć.
— Winston Churchill to jeden z najlepszych ludzi, jakich spotkałem w swoim życiu, Ameryko. Zaufaj mi, jeśli nie jemu, że chce zostawić ten świat przynajmniej w tak samo dobrym stanie, jakim go zastał. Po prostu widzi jedną rzecz jasno... – urwał.
To, że nasze interesy zawsze powinny być wspólne.
— ...to, że bez odrobiny rozsądku w momencie zniszczysz tę planetę – zaszydził, patrząc na niego z rozbawieniem. Czuł, że właśnie zdał sobie sprawę z czegoś, o czym od dawna starał się nie myśleć. Odnosił też wrażenie, że miejsce na takie oświecenie powinno być może nieco bardziej doniosłe, niż jego kuchnia we wtorek rano.
— Czyli sądzisz dokładnie tak, jak się po tobie spodziewałem.
Popatrzył na Amerykę jak na dziecko, ale tym razem nie skomentował na głos jego opinii.
— Jestem dziś zaproszony na występ Opery Królewskiej w Convent Garden. Za to jutro obiecałem pojawić się tam na występie Królewskiego Zespołu Szekspirowskiego. Możesz pójść ze mną, skoro nie będziesz miał innych zajęć. – Anglia postarał się, by zabrzmieć tak oficjalnie jak potrafił. Popatrzył za okno, by sprawdzić, czy dzień aby na pewno się zaczął.
Podczas wojny nie było ani teatrów ani opery ani właściwie niczego, co mogłoby być. Zostawały książki. Dopiero od roku lub dwóch to wszystko zaczęło odżywać i dlatego Anglia nie mógł się doczekać powrotu do tych rozrywek. Choć, jak teraz pomyślał, też chętnie zobaczyłby jakiś musical. Coś lekkiego.
— Proszę?
Anglia zapomniał o tym jak fatalnie się czuje – przypomniało mu o tym dopiero sugestywne spojrzenie Ameryki.
Przestał się uśmiechać, gdy usłyszał jego pytanie.
— Brawo za spostrzegawczość, już nie dziwię się, czemu udało ci się zajść tak wysoko - parsknął. - Nie jadam tak wcześnie, Ameryko. Zrobiłem śniadanie dla ciebie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 29, 2016 11:56 pm

- Może. To nie moja wina, że inni ludzie nie rozumieją prostych odpowiedzi. Twój premier powinien sam się domyślać odpowiedzi, prawda? – zauważył i posłał Anglii krzywy uśmiech. – Poza tym… Myślę, że jednak ich rozumiem. A przynajmniej wiem o co im chodzi. – Ameryka wzruszył ramionami.
Był przekonany, że całkiem dobrze zdaje sobie z prawdy sprawę, choć domyślał się, że Anglia zaprzeczy, albo da temu wyraz w mniej werbalny sposób. To było coś naturalnego, ale Alfred nie zamierzał się przejmować. Anglia często go upominał, karcił i wytykał mu rzeczy, który Ameryka nie uważał za błąd. To była naturalna kolej rzeczy jak jesień następująca po lecie. I tak dalej.
Ameryka spochmurniał nieznacznie.
- Wiem – odpowiedział krótko. – Ale to nic. Dam mu parę dni. Niech zmięknie i zrozumie. Jasne, że nie zamierzałem tak robić cały czas. Po prostu chcę mu pokazać, że to nie jest takie proste – wydaje rozkaz i jestem na jego usługi. Poza tym, co za pomysł z tym, do jakich krajów mogę jeździć, a do jakich nie? – Ameryka skrzywił się. – To mi się nie spodobało.
Podrapał się po policzku.
Ameryka przeżywał już prezydentów, których lubił mniej. Nie zawsze mógł być w pełni zadowolony z rządzących, ale w większości był z nich dumny. Największy problem miał przy Lincolnie, ale nie była to do końca wina samego charakteru prezydenta. Choć ten na wiele sposobów przypominał mu Anglię.
(I też nie grał czysto.)
Ale zawsze wierzył, ze robi coś słusznie i w dobrej wierze. Ameryka trochę od niego przejął z tej retoryki.
- Jakby mógł, chyba by nas ze sobą ożenił. – Ameryka roześmiał się głośno na samo wyobrażenie tak absurdalnego pomysłu. – Ale nie powiem. Pochlebia mi tym.
Ameryka posłał Anglii szeroki, promienny uśmiech. Było w nim nawet coś czarującego, gdy się starał. Przynajmniej wobec Arthura, do innych wychodziło mu to naturalniej.
(Do Rosji w ogóle.)
- No to w takim razie chyba się myli. Za bardzo lubię ten świat, by go niszczyć. Ja go chronię – uściślił.
I naprawdę w to wierzył. Dopił kawę.
- Zapraszasz mnie do opery? – Ameryka uniósł brwi w starannie wystudiowanym niedowierzaniu. – Brzmi nudno, ale pójdę. Chętnie zobaczę, za czym tak przepadasz. – Wzruszył ramionami. – Ale ty pójdziesz ze mną na Broadway kiedyś i zobaczysz prawdziwą sztukę.
Ameryka urwał i zrobił znaczącą pauzę. Szybko, jak miał w zwyczaju, przeskoczył na inny temat, który okazał się mniej przyjemny. Przynajmniej dla Anglii. Ameryka też jednak poczuł cień irytacji, słysząc odpowiedź Arthura. Zastukał niecierpliwie palcami o blat.
- Nie rób ze mnie idioty. Właśnie wychodzisz, więc nie będziesz miał czasu nic zjeść. – Wzruszył ramionami. – Ale to przecież nie moja sprawa, nie? – Uśmiechnął się krzywo. – Jeszcze pomyślisz, że się o ciebie martwię.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Sie 30, 2016 2:30 pm


— Ludzie mają proste motywacje – zgodził się Anglia, a ton miał taki, jakby został zmuszony do powiedzenia czegoś oczywistego. – Więc przejrzenie ich jest najłatwiejszą częścią rozpracowywania ich. Uważam, że twój problem leży w tym, że nie zawsze masz ochotę zrozumieć, dlaczego do tego dążą. Ale to tylko początek długiej listy twoich braków – dodał już bardziej żartobliwie, jakby na znak, że nie ma zamiaru teraz czepiać się tego tematu. Nie było jeszcze nawet ósmej nad rano, żeby czuł się szczególnie zobowiązany do urządzenia Ameryce lekcji, której ten i tak nigdy nie posłucha.
W podobnym, delikatnie lekceważącym tonie odpowiadał dalej:
— To sprawa pomiędzy tobą a nim, więc nie będę się wtrącać. Choć to wciąż ciekawe, że postawiłeś się mu akurat w mojej sprawie – stwierdził w końcu. Ktoś musiał zauważyć słonia w pokoju. Bezdyskusyjnie. Anglia nie liczył jednak zupełnie na nic. Gdyby nawet chciał spróbować mieć nadzieję, to... Nadzieję na co właściwie? Śmieszne.
Nie miał żadnej nadziei. Naprawdę. Słowo.
Wzruszył ramionami. Wyraz jego twarzy wskazywał teraz na zainteresowanie rozmową, co przy Ameryce zdarzało mu się rzadko. Może dlatego, że i rozmowy między nimi były czymś, co przytrafiało się równie nieregularnie, co wielkie wydarzenia astronomiczne (zwiastujące zwykle jakiś rodzaj apokaliptycznych katastrof). Częściej przekomarzali się, kłócili, wzajemnie krytykowali i przerzucali słowami jak nabojami na polu bitwy. Albo jeden z nich mówił, a drugi nie słuchał.
Jednak Anglia czuł, że kiedy już zdarza się między nimi taka prawdziwa rozmowa, to zawsze przynosi im coś, co później nie znika. Nie zapominał żadnej z nich; potrafił policzyć, ile razy podczas drugiej wojny światowej Ameryka potrafił utrzymać przy nim powagę, zachować choćby odrobinę szacunku i nawet przełknąć część własnych uprzedzeń.
— C–cóż.
Nie powinien żartować z Churchilla, ale był absolutnie pewny, że Churchill mógłby w tej kwestii zażartować z samego siebie. Jednocześnie jego wzrok zachowałby tą ostrą powagę, niepokojącą inteligencję starego lwa. Premier pewnie jeszcze głęboko spał, ale Anglia i tak czuł, jak jego duch się nad nim unosi.
— Zgoda – przyznał. – Gdyby miało mu to dać pewność, to jeszcze przed wieczorem zalegalizowałby takie związki, przywlekł tu biskupa i zaaranżowałby wszystko. Ale musimy mu przyznać, Ameryko...
Zdał sobie sprawę, że uśmiecha się trochę zbyt szczerze, więc przestał.
— Jest skuteczny. I ma trochę racji.
Bo, gdyby Winston Churchill nie pojawił się pewnego dnia i nie zaczął twierdzić, że Imperium Brytyjskie potrzebuje Stanów Zjednoczonych jak małpa bananów, to świat byłby dzisiaj inny. To Churchill zmienił nastawienie Anglii do Ameryki... Ale na ile zmienił nastawienie Ameryki do niego, tego Anglia nie był już w stanie przewidzieć.
Anglia wstał dość nagle. Zabrał talerz Ameryki i włożył go do zlewu.
— Powinieneś wiedzieć z autopsji, że czasem bardziej szkodzi się temu, co chce się ochronić – powiedział nagle, zwyczajnym tonem. Nie dodał niczego więcej, odkręcił po kolei oba krany, aż poleciała z nich letnia woda i zabrał się za zmywanie. Opera była już ustalona, dzień względnie też, jednak zanim Anglia zdążył wspomnieć, że Brodway to czysta rozrywka i niewiele sztuki, a opera – przeciwnie, to Stany zauważył, że talerz ze śniadaniem był tylko jeden.
Anglia stał już wtedy przy zlewie, odwrócony plecami. Chwycił srebrną gąbkę, by dokładniej wyszorować patelnię. Odgłos intensywnego szurania niemal zagłosił skargę Ameryki.
Anglia był potęgą. Posiadał do niedawna sporą część świata, ziemie tak rozległe, że nad jego imperium nie zachodziło nigdy słońce. Wciąż był silny, wciąż zapisze się w historii jako ktoś, kto zmienił świat w podobny sposób co Imperium Rzymskie... I cholera, nie życzył sobie, żeby taki dzieciak jak Ameryka mu matkował.
Jemu.
— Nikt nigdy w historii czegokolwiek nie jadł poza domem. Och, Ameryko, muszę ci to powiedzieć otwarcie, żebyś odpuścił, prawda? – zapytał. Przycisnął gąbkę do patelni: ścierał jajko z powierzchni tak okrutnie, jakby były hiszpańską armadą u brzegów jego wyspy. – Na moich ziemiach wciąż rozdaje się kartki na jedzenie. Z powodu tych niedoborów czuję umiarkowany głód bez względu na to, ile zjem, więc nie widzę sensu w marnowaniu jedzenia, którego nawet nie poczuję. Czy to wystarczy, żebyś przestał pytać?


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    

Powrót do góry Go down
 
Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
 Similar topics
-
» Zielnik [Isao]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Hehetalia :: Cały świat! :: Rozgrywki historyczne-
Skocz do: