Hehetalia

Oto Świat, Panie i Panowie, Panowie i Panie!
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 17, 2016 8:02 pm

Angielskie niebo zdawało się być wiecznie obrażone, za każdym razem gdy stopa Ameryki dotykała wyspiarskiego kawałka lądu. Alfred jeszcze nigdy nie widział jego błękitu ani też ciemnego granatu, zawsze za to puchło szarością ciężkich, ołowianych chmur. Najczęściej też siąpił cichy, regularny deszcz. Mżawka zraszająca ramiona i głowę, ale nigdy dość intensywna, by faktycznie przemoczyć ubranie.
Londyn nigdy nie wyglądał pięknie. Przynajmniej w opinii Ameryki. Był ponury w ten grafitowy sposób zasnutych mgłami i oparami fabryk ulic. Wszystko tu było niskie, przyziemne, wyrwane ze szponów historii, zatopione w bezruchu jak owad w bursztynie. A Alfred nienawidził bezruchu, dla niego cały świat musiał tętnić jak jeden wielki organizm lub biec przed siebie, nie zatrzymując się i nie patrząc za plecy. Ameryka wypatrywał przyszłości, a Londyn nieustannie przypominał o przeszłości.
I może dlatego tak bardzo go nie lubił.
Pod kamienicę, w której mieszkał Anglia, Ameryka dojechał spłowiałą taksówką, mijając po drodze powoli odbudowujące się po wojnie zabytkowe fasady. Resztki tynku i ceglastego pyłu spływały wraz z wodą w stronę studzienek kanalizacyjnych, nadając zaciekom brudną, brązową barwę. Nie było w tym nic pięknego ani romantycznego, raczej napawało odrazą potęgowaną uprzejmym i zdawkowym, brytyjskim milczeniem, jakim obdarzył go taksówkarz.
Zanim Ameryka wszedł do wiktoriańskiego budynku, wypalił szybkiego papierosa, nie dochodząc do filtra. Ciężki, nikotynowy posmak pozostał na jego ustach i pobudził umysł. Alfred odetchnął pełną piersią, przeciągnął się leniwi jak kot i skierował pod znany adres. Nie bawił się w uprzejmości, w nieśmiałe pukanie i cierpliwe oczekiwanie. To było dobre dla… Kanady. Powiedzmy. Albo dla przegranych i dla kolonii. On nie był kimś takim. Wchodził jak lew, mocno, bez ogródek. Trzaskając za sobą drzwiami, by zaznaczyć obecność.
„Oto nadchodzę” mówiła jego wyprostowana sylwetka, zadarta do góry głowa, jasne, kpiące spojrzenie i usta wygięte w pobłażliwy łuk. Okulary Ameryki błyskały lekko, gdy lustrował wzrokiem apartament Anglii. Nieskrywane rozbawienie w jego spojrzeniu pogłębiło się.
- Anglio – zaczął lekko, wręcz melodyjnie, szukając wzrokiem byłego opiekuna. Sprężystym krokiem przemierzył przedsionek, korytarz i wpadł do salonu, by ostateczne odnaleźć Anglię tam, gdzie musiał być. Alfred wiedział o tym od początku.
Gabinet i, och tak, ściągnięte w wyrazie cienia dezaprobaty brwi. A może mu się zdawało? Czy w zielonych oczach już odbijała się irytacja? Liczył na to! Uśmiech Ameryki poszerzył się mimowolnie. Jeśli coś drgnęło w nim na widok złamanej angielskiej ręki, założonej na temblak – nie dał po sobie tego poznać.
Albo nawet tego nie poczuł.
- Anglio, wyglądasz paskudnie – stwierdził za to raźnie. – Ko-szmar-nie – dodał, opierając się dłońmi o biurko i pochylając się nad rozmówcą. – Ostatnie lata chyba ci nie służą, co? Czyżby upadek imperium dodał ci zmarszczek? Straaaszne! – Jakby na przekór własnym słowom Ameryka roześmiał się.
Głośno, hałaśliwie. Jak miał w zwyczaju, gdy sam w sobie ten śmiech wzbudzał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Sie 18, 2016 11:14 am

Kłębowisko brudnych chmur od samego rana zasłaniało niebo, przez co chwilami wydawało się, że dzień w ogóle nie nadszedł. Cały Londyn tkwił w tym specyficznym, pozbawionym światła okresie, gdy wydawało się, że właściwie nic istotnego nie może się zdarzyć. Ludzie będą nudzić się w pracy, robić zakupy, przysypiać w metrze i autobusach, narzekać na pogodę, a później zjedzą późny obiad i obejrzą coś w telewizji. W teatrze będą grać stare sztuki, w klubach jazzowych te same długie, melancholijne kawałki i – generalnie – dzień minie niezauważony i nieistotny jak pojedyncze kichnięcie.
Tego południa jedynym dźwiękiem w jego  gabinecie był ledwo słyszalny szelest tasowanych kart. Anglia przesunął palcami po zużytym grzbiecie jednej z nich i na sekundę albo dwie zapatrzył się w przestrzeń. Coś wisiało w powietrzu. Drgnął i powoli, z wrodzonym szacunkiem, zaczął układać je na ciemnej powierzchni mahoniowego biurka. Gdy skończył, odkrył je po kolei. Spojrzał na efekty.
Dopóki sobie na to nie pozwolił, na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień, więc dopiero po chwili uśmiechnął się nikłym, gorzkim uśmiechem i pokręcił po siebie głową.
— Nie – mruknął. Ponownie przetasował talię i odkrył ją, jedna po drugiej. Zmarszczył ledwo dostrzegalnie brwi.
— Nie powinno tak być – rzucił z irytacją w przestrzeń.
Przyszłość, jeśli już pozwalała się odkrywać, nie robiła tego po to, żeby można było ją zmienić – to nie miałoby sensu. Myślenie w inny sposób jest głupotą, skarcił się w myślach, a następnie wstał i przespacerował się po swoim gabinecie. Cisza była przejmująca, mimo, że wiktoriańskie kamienice miały w zwyczaju z łatwością wpuszczać do wnętrz najlżejsze hałasy z ulic. W czasach, gdy były młode, nasłuchały się tętentu końskich kopyt uderzających o bruk, skrzypienia kół wozów i dorożek, pokrzykiwań sprzedawców i wypełniających Londyn po brzegi bić dzwonów z kilkudziesięciu kościołów. Dziś tą ulicą okazjonalnie przejeżdżały samochody, sunąc po asfalcie bezszelestnie tak długo, dopóki silnik nie postanowił się zakrztusić.
Anglia odwrócił się i przeszedł parę kroków, aż natrafił na tą jedną deskę, która skrzypiała za każdym razem, gdy się w nią wdeptywało. Nastąpił nią, aż wydała z siebie żałosny, przeciągły dźwięk. Znieruchomiał. Przez chwilę wsłuchiwał się w nudną ciszę, a następnie docisnął mocniej podeszwę buta. Kolejne długie skrzypnięcia. Anglia uśmiechnął się do siebie, odwrócił się i wyjrzał za okno. Mgiełka deszczu połykała popielaty dzień. Co za perfekcyjne angielskie południe, pomyślał, doskonale świadomy tego, że ani cisza ani perfekcyjność długo się nie utrzyma. Wciąż jednak doceniał takie dni. Nawet nie zaczął się nimi nudzić. W końcu to na niebie? To były tylko burzowe chmury, a nie dym.
Za to, gdy patrzył w dół, widział skulonego nad papierosem człowieka. Parsknął bezgłośnie. Ile czasu minęło, odkąd go ostatni raz go tutaj widział? Na pewno za mało, żeby Ameryka zdążył wymyślić jakieś nowe uwagi, którymi będzie mógł go obrzucić. Nie mówiąc o czymś błyskotliwym.
Jesteś tak przewidywalny, że nie potrzebuję żadnych kart.
Pytanie tylko – czy interesy były przykrywką, żeby nastroszył swoje papuzie piórka, czy srożenie piórek stanie się przykrywką do interesów. W kwestii Stanów nawet Anglia nie był do końca pewny, dopóki go nie zobaczył i nie posłuchał. Bóg jeden wiedział, czy dziś akurat bardziej dominowała w nim dziecinna duma czy kapitalizm.
Anglia usiadł znów za biurkiem, przyjrzał się kartom i postanowił zostawić je tak, jak teraz, żeby Ameryka mógł z nich zaszydzić. Chwilę później usłyszał pierwsze trzaśnięcie drzwiami. Pokręcił do siebie głową i sięgnął po książkę, otwierając ją na zakładce. Zdążył przeczytać parę zdań, zanim drzwi od jego gabinetu otworzyły się szeroko.
Nie podniósł od razu wzroku. Nigdy nie musiał tego robić; Ameryka sam zbliżał się, pojawiał się w zasięgu wzroku i wypełniał sobą całe otoczenie. Prędzej czy później i tak człowiek po prostu się na niego patrzył. Anglia nie widział więc potrzeby, żeby się przejmować.
— Powinieneś był zapukać – mruknął. Zamknął książkę, przez chwilę przyglądał się okładce ( "Koniec romansu" Grahama Greene'a) i dopiero następnie przeniósł ciemne, obojętne spojrzenie na Amerykę. Czegoś chce, pomyślał od razu. Zawsze potrafił poznać tę jego roszczeniowość; oczekiwanie, fałszywy uśmiech, niecierpliwość. Może i z zewnątrz Ameryka w niczym nie przypominał koloni, którą był, ale w głębi serca nie zmienił się aż tak bardzo od czasów swojego dzieciństwa. Dlatego Anglia potrafił poznać, czego Stany chce i mógł zawczasu postanowić, by mu tego nie dać. Taka sytuacja była dla niego, mimo wszystko, nieco lepsza niż za czasów wojny. Tym razem przynajmniej miał coś, czego Ameryka pragnął, co nie kosztowało go milionów funtów i, co najważniejsze – o czym sam Ameryka mógł nie wiedzieć.
Wygiął więc wargi w uśmiech, który mógł oznaczyć właściwie wszystko.  
— I dziękuję za twoją troskę, naprawdę ją doceniam. Mogę cię zapewnić, że aż do tego momentu nie czułem się tak źle jak wyglądam.
Wyprostował się w krześle.
— Jak zwykle jesteś czarujący.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Sie 18, 2016 10:04 pm

Wzrok Ameryki omiótł angielski gabinet bez cienia zainteresowania, które mogłoby odbić się w jego jasnych oczach. Wreszcie spojrzenie młodego mężczyzny zatrzymało się na rozłożonych kartach, jasne brwi uniosły się do góry w wyrazie powątpiewania, a na twarzy Alfreda pojawił się cień krzywego, kpiącego uśmiechu, który rozkwitł w następnych sekundach. Oczywiście Ameryka zignorował uwagę Anglii jak to miał w zwyczaju. Słyszał tylko to, co chciał słyszeć, a zrzędzenie staruszka nie było jedną z tych rzeczy. Ameryka nie wątpił w to, że Anglią kieruje duża doza zawiści. W końcu jego imperium waliło się w gruzy, a tymczasem Stany Zjednoczone stały się nową potęgą. Jak bardzo musiało kłuć dumę Anglii fakt, że ktoś, kto był kiedyś jego kolonią, teraz przewyższał go we wszystkim. I miał siłę, o którą trzeba było błagać.
- Wiem – odparł bez cienia skruchy, posyłając Anglii w mgnieniu oka faktycznie czarujący uśmiech. Jak z filmów z lat 30, wystudiowany, pasujący do przystojnej twarzy uśmiech, który miał coś w sobie szelmowskiego i zawadiackiego. Alfred potrafił wyglądać (jeśli chciał, ale też i całkiem nieświadomie) jak bohater jednej z długich amerykańskich sag filmowych. Nie do końca dobry człowiek, ale diabli przystojny.
I cóż, Ameryka doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego uroku. Brylował na salonach, ale czemu miałby udawać przed Anglią? Albo przed innymi krajami, które nawet nie liczyły się w rozgrywce?
- Zawsze jestem czarujący, ty zaś… - Ameryka udał, że zastanawia się chwilę. Otaksował Anglię spojrzeniem, dbając o to, by ten poczuł, że Ameryka to robi. – Hm, cóż. Jak widzę jesteś sobą i nadal bawisz się w przepowiadanie przyszłości. Smutnej, szarej przyszłości. Pozwól, że zrobię to za ciebie…
Podszedł do biurka sprężystym krokiem i oparł się o nie, przysiadając na drewnianym kancie. Wziął jedną z pierwszych kart ze stołu i przyjrzał się jej, oczywiście nic z niej nie wyczytując. Karta jak karta, kawałek tektury z barwnym obrazkiem. Nic ciekawego, istotnego. Staropanieński rekwizyt do gry w brydża.
- Ta karta mówi, że twoje imperium upadnie już do końca. Że nie pozostanie po nim nawet ślad. – Alfred rzucił niedbale kartę za siebie, a ta swobodnym ruchem opadła na parkiet. Ameryka tymczasem wziął kolejny kartonik. – Ta z kolei, że twoje miejsce zajmie ktoś inny. Młodszy i przewyższy cię w każdym względzie… O, wybacz. Źle odczytałem. – Alfred zrobił strapioną minę. – Ten ktoś już to zrobił. I teraz ostatnia… - Alfred sięgnął po trzecią kartkę, pozbywając się drugiej podobnie jak poprzedniej. – Ach, że popadniesz w zapomnienie i zgnijesz w kącie własnego gabinetu. Widzisz? Przepowiadam wszystko całkiem dobrze i nawet nie potrzebuję do tego twojego hokus pokus. – Ameryka wyszczerzył się do Anglii.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 19, 2016 12:26 pm

— Nie. – Umiarkowane zainteresowanie. – Najwyraźniej tego nie wiesz. Ale podpowiem ci, że, jeśli szukasz jakiegoś sposobu, żeby prowokować ludzi, powinieneś pomyśleć nad czymś lepszym, niż to, co obecnie sobą prezentujesz.
Dopiero wtedy faktycznie uniósł wzrok i obrzucił dłuższym spojrzeniem twarz Ameryki. W przeszłości zawsze zakładał, że Stany Zjednoczone wyrosną na potężne państwo, ale nigdy nie wyobrażał sobie takiego uśmiechu na twarzy Alfreda; był to uśmiech, który pamiętał ze zbyt wielu luster. Kiedy sam przestał - ach, kiedy nie mógł już uśmiechać się w ten sposób, co Ameryka teraz?
— Zwłaszcza Korea musi sądzić, że tryskasz urokiem osobistym – uśmiechnął się do niego chłodno. Ameryka mógł zachowywać się skrajnie nieodpowiednio, ale przynajmniej był potwornie łatwy do manipulacji. Sięgnął po karty dokładnie tak, jak Anglia przewidział; użył ich, by zaszydzić dokładnie w ten sposób, jakiego można było się spodziewać. Arthur miał na tyle przyzwoitości, że wysłuchiwał go nie przerywając i w milczeniu wysłuchując kolejnych dziecinnych obelg. Jedna z jego brwi drgnęła w wyrazie leciutkiego zniecierpliwienia. Upadające imperia, potęga i władza. Czy on naprawdę myślał, że...
Biedny, kochany Ameryka nie miał pojęcia, że od paru lat można było z niego czytać jak z otwartej księgi. Kiedyś trzeba będzie mu o tym powiedzieć, zanim narobi im szkód u ich faktycznych wrogów. Choć Anglia i tak nie sądził, by ktokolwiek na świecie był na tyle głupi, by nie widzieć tego, co zaczęło pożerać Amerykę od środka.
— Jeśli wpadłeś tutaj z powodu błahego kaprysu to znak, że marnujesz cenny czas – mruknął z odrobiną irytacji, która najprawdopodobniej wynikała po prostu z tego, że Ameryka marnował jego czas.
Co było zabawnym kłamstwem. Ameryka rządził światem. Nie mógł zmarnować niczyjego czasu. A Anglia potrzebował go u siebie. Potrzebował go tutaj.
— W jednym masz rację – dodał już nieco spokojniej, wciąż przyglądając mu się wzrokiem, który nie wyrażał niczego konkretnego. – Te karty mówią o tobie. Ale nie tylko jedna z nich, bo wszystkie trzy należą do ciebie. Ale nie chcesz o tym słyszeć, prawda?
Wstał zza biurka i obszedł je powoli, aż stanął obok Ameryki. Popatrzył mu w twarz z bliższej niż dotąd odległości i jednocześnie coś przyszło mu do głowy. Wiedział, że go tym zirytuje i jednocześnie wiedział, że Ameryka niczego nie może mu z tego powodu zrobić. Nie odsunie się przez drobnostkę. Nie, dopóki nie dostanie, czego chce.
Nagle Anglia sięgnął do twarzy Ameryki i ściągnął mu z nosa okulary. Przez parę sekund patrzył w jasne oczy, nie potrafiąc zdecydować, czy wydają mu się bardziej obce czy znajome.
— Coś, czego ty nie widzisz ani nie czujesz nie może istnieć – uśmiechnął się. – Tego nie ma. – Włożył sobie na nos okulary Ameryki i popatrzył na niego z rozbawieniem. Szkiełka nie były takie grube, by zniekształcić obraz. Mimo to, choć Anglia nosił czasem okulary to czytania, odniósł wrażenie, że okulary Ameryki są ciężkie i zupełnie do niego nieprzystosowane. Prawdopodobnie szybko zaczęłaby go boleć głowa.
— To takie oczywiste.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 19, 2016 5:43 pm

Ameryka uśmiechał się. Był to szeroki, pewny siebie uśmiech, obnażający drapieżnie garnitur perfekcyjnie białych i równych zębów. Przy takich uśmiechać coś migotało w jego oczach, coś niepewnego i niepokojącego, jak w oczach drapieżników, którzy parzą na swoją ofiarę. Nie, nawet nie ofiarę – zabawkę. Ameryka opanował do perfekcji ten wyraz twarzy. Właściwie nawet za niego nie odpowiadał. Teraz także patrzył w ten sposób na Anglię. Jedyną rysą na wizerunku był cień, który przemknął przez błękit oczu.
- Och, oczywiście, że za mną prze-pa-da – zapewnił Anglię lekko, nawet z rozbawieniem w głosie. Machnął też przy tym niedbale ręką. – Bo mówimy o prawdziwej i faktycznej Korei, prawda, Anglio? – Ameryka obniżył głos. – Kto by chciał mówić o komuchach, prawda? Oni nie mają miejsca w nowym świecie. – Ameryka zrobił krótką pauzę. – Prawda, Anglio?
Uniósł pytająco brwi. Nie oczekiwał odpowiedzi, bo ta mogła być tylko jedna i dla Anglii lepiej byłoby, gdyby to rozumiał. Chyba nie chciał, by Ameryka zaczął go podejrzewać… Inaczej. To było niemożliwe, by Anglia popełnił taki błąd. Bycie czerwonym jest chorobą, wszyscy to wiedzą, prawda? A jedyną przeciwwagą czerwonego demona jest on. Ameryka. W ten sposób był bohaterem. Anglia mógł nie chcieć tego przyznać, ale na pewno to wiedział.
- Och, Arthie. Moja obecność nigdy nie marnuje cudzego czasu. Sama w sobie jest czymś wartościowym – odparł lekko Ameryka, nieprzyjęty ponagleniem. Posłał Anglii czarujący uśmiech, mrużąc jasne oczy. Okulary błysnęły na jego nosie, gdy wpadające zza mlecznych szyb światło zatańczyło refleksami po obliczu młodszej nacji.
Ameryka znał swoją wartość aż za dobrze, by przejmować się takimi stwierdzeniami. Anglia chciał go widzieć, miał tylko problem z przyznaniem tego.
- Karty to tylko karty. Barwne kartoniki. Skoro tak na nich polegasz, nic dziwnego, że twój świat już dawno rozsypał się jak dom z nich zbudowany. – Alfred ziewnął wymownie. Zamarł jednak i spiął mięśnie, gdy Anglia zbliżył się do niego i wyciągnął ręce.
Jakby spodziewał się ataku, choć to przecież był Anglia, który już nic nie mógł mu zrobić. Ameryka zamrugał. Potrzebował ułamków sekund, by wrócić do gry.
Parsknął i zmrużył oczy. Świat to się wyostrzał, to znów rozmazywał. Ameryka był krajem, a kraje były idealne. Nie miały wad wzroku. A jednak, czasami Ameryce wydawało się, że faktycznie otaczająca go rzeczywistość składa się tylko i wyłącznie z barwnych plam.
- Zazdrościsz mi okularów? Och, Anglio, wystarczyło powiedzieć. – Ameryka uśmiechnął się cierpko. – Oczywiście. To zwycięzcy kreują świat. A twoja magia to urojenia biednego, zmęczonego umysłu. Rozpad ci nie służy. To takie dziwne. Być na szczycie i dać się strącić… Jesteś taki słaby. – Ironia odbiła się na twarzy Ameryki.
Zdawała się niemalże do niej nie pasować, ale była naturalna i szczera.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 19, 2016 7:15 pm

Anglia zatrzymał dłużej spojrzenie na twarzy Ameryki, a następnie sam uśmiechnął się pod nosem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego. Mniej pokazowo.
— Od początku mówiłem to samo o Francuzach, ale na dłuższą metę niewiele to dało – powiedział, chociaż pomyślał coś innego. Nie sądził, by Ameryka był w stanie obrazić się na tyle, by uczynić mu szkody na realnym poziomie, ale, mimo wszystko, nie warto było wdawać się w tą dyskusję. Przynajmniej jeszcze nie.
Pamiętasz może jeszcze ostatniego człowieka, który twierdził, że w nowym świecie nie ma miejsca dla pewnego typu ludzi, Ameryko? Bo ja całkiem dobrze.
Uniósł brwi.
— Wiem, co próbujesz osiągnąć. Próbuj dalej, może pewnego dnia uda ci się powiedzieć coś, czego nie słyszałem już tysiąc razy.
Objął się ramionami, oparł o kant biurka i zaczął dalej przyglądać się Ameryce z nikłym zainteresowaniem. Czuł się jakby obserwował zwierzę w zoo. Może nie tresowanego lwa, ale psa, który bardzo chce się popisać. Na swój sposób było to zabawne, na inny – godne pogardy. Ale Anglia nie czuł tylko tego. Gdyby miał sporządzić listę swoich emocji pod względem ważności, na pogardliwe rozbawienie znajdowałoby się na drugim albo trzecim miejscu. Inne emocje... nie były w tym momencie konieczne do okazania. Może, gdyby rozmawiał z innym Ameryką, a nie z tym, który przeżył dwie ostatnie wojny. Może gdyby to był ten młody Stany; ten głupi, ale pełen dobrych chęci chłopak...
Anglia pokręcił głową.
— Już ci powiedziałem, że nie używałem kart do przepowiedzenia mojej własnej przyszłości. Doskonale wiem, w jakiej sytuacji się znajduję i jakie mam możliwości. – Na pewno nie upadł. Na pewno jego imperium nie przestało j e s z c z e istnieć. Mógł je utrzymywać. Mógł... (pójść razem z nim na dno, albo odpuścić.)
— Nie potrzebuję kart ani dzieci, żeby próbowały zrozumieć to za mnie.
Odepchnął się od biurka, a następnie zbliżył do Ameryki. Szedł wyprostowany, z wysoko uniesionym podbródkiem. Nawet, gdyby światło nie było tak brudne i nikłe, nie mógłby ukryć, że wygląda na zmęczonego, że cienie pod oczami wskazują na bezsenność, a szorstkie i suche włosy na źle prowadzoną dietę. Oczywiście, równie dobrze mógłby próbować ukryć przed krajem z jednam z najlepszych wywiadów na świecie, że dalej funkcjonuje u niego system kartek na jedzenie. Jego gospodarka znów została przestawiona na tryb wojenny z powodu konfliktu w Korei – bardzo możliwe, że przez Stany zaczęła się trzecia wojna światowa. Jeśli naprawdę wyglądam tak źle, myślał Anglia, to w dużej mierze z twojej winy.
Stanął przed Ameryką i ściągnął mu z nosa okulary, w duchu odczuwając minimalną satysfakcję na widok jego spinających się mięśni. Reakcja obronna. Pierwsza, ale pierwsza reakcja nie była prawdziwa, bo Ameryka nie reagował na atak obroną; reagował silniejszym atakiem.
I, tak jak Anglia się spodziewał, Stany spróbował ugodzić go bezpośrednimi słowami. Mimo, że to była oczywista zagrywka i tak poczuł, jak coś zaciska się na jego żołądku. Wyprostował się jeszcze bardziej, odetchnął, a później spojrzał na Amerykę przez szkiełka jego własnych okularów.
Nie dostaniesz tego, po co przyszedłeś.
— To bardzo interesująca opinia. Może powinieneś wyjść.
Ściągnął jego okulary i zważył je w dłoni. Skorzystał z krótkiej możliwości, by znów spojrzeć w twarz, która była łudząco podobna do Alfreda, którego Anglia kiedyś znał. Bez okularów wydawał się znacznie młodszy i bardziej niewinny – nawet, gdy stroił te głupie miny, sprawiał wrażenie dzieciaka bawiącego się w dorosłego. Okulary dodawały mu potrzebnych lat.
Anglia po raz tysięczny przeklął się w duchu za zbytnią nostalgię, a następnie wyciągnął dłoń, by oddać Ameryce jego szkiełka.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pią Sie 19, 2016 11:03 pm

Ameryka słyszał tylko to, co chciał słyszeć. Widział to, co wydawało mu się istotne do zobaczenia. Reszta nie miała znaczenia, była nieistotna i przywodziła na myśl brzęczenie irytującej muchy lub krwiopijczego ale słabego w swej naturze komara. Tak, dla Ameryki w nowym ładzie kraje dzieliły się na te dwa typy. Anglia podpadał pod kategorię „muchy”. Nie chciał być komarem, bo komary przekraczały granicę i komary się zgniatało.
Mimo to irytowała go ta angielska duma. Zawsze obecna. Ta próba wmówienia światu, że jest się ponad nim. Nawet będąc na samym dnie. Alfred nie był ślepy i nie był głupi. Znał doskonale twarz Arthura, aż za dobrze, gdy o tym pomyśleć. Pamiętał przebieg każdej rysy twarzy na obliczu Anglii. Znał na pamięć występowanie każdej zmarszczki, jakie tworzyły się na nim przy grymasach. Widział więc teraz zmęczenie głęboko w zielonych oczach i długie cienie na twarzy Anglii. Dostrzegał bledszą niż normalnie skórę i bardziej matowe niż kiedyś włosy. Ameryka zlustrował cały ten obraz krytycznym spojrzeniem i parsknął.
- Starzejesz się – podsumował, jakby bez związku z tym, co mówił Anglia.
Nawet nie zamierzał go słuchać.
(Brzęczenie muchy. Irytujące. Zbyt głośne.)
- Naprawdę? Wiesz? – Ameryka przekrzywił głowę. – I nawet z tym nie walczysz? Zdruzgotany, mały kraj. – Machnął niedbale ręką. – Czasy się zmieniają, prawda? – Wyszczerzył się paskudnie.
Umarł król, niech żyje król!
- Jak zawsze nie potrzebujesz nikogo, tak? Czyli mogę zostawić cię sam na sam z Europą, z ZSRR i jego małymi kukiełkami. W czterdziestym też mnie nie potrzebowałeś? – Alfred wziął kolejną kartę ze stołu. Kolejny pozbawiony znaczenia kartonik. Bez większego zastanowienia przedarł go na pół.
- Twój premier mówi co innego, prawda? – spytał retorycznie. Udał, że zastanawia się głęboko. – Może powinienem. Ale nie chcę. – Wzruszył ramionami, odrzucając dwie połówki kartonika za siebie.
- Chciałem zobaczyć, czy to prawda, ale wystarczy jedno spojrzenie na twoją twarz, by zrozumieć wszystko. – Wyrwał mu okulary z dłoni silnym, zdecydowanym gestem.
Ostatnio częściej niż zwykle Ameryka zapominał o własnej sile, ale Teksas nawet nie drgnął, pod naporem ucisku jego palców.
- To nawet trochę przykre.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sob Sie 20, 2016 8:36 am

Żeby powiedzieć, że Anglia zaczynał mieć dość, trzeba by założyć, że na początku żywił jakiekolwiek chęci na... ten pokręcony koszmar, którym stawał się Ameryka. A nie miał. Wierzył, że wciąż ma w życiu lepsze rzeczy do roboty. Mógłby choćby dalej stać przy skrzypiącej desce. Albo przeczytać raport o postępach w pracy nad bombą wodorową, co byłoby już jakkolwiek pocieszające i produktywne.
— Głupiejesz – patrzył mu w oczy bez śladu niepokoju – bo stałeś się jak wielki, wypełniony pychą balon. Myślisz, że robisz wrażenie, ale wkrótce się przekonasz, że wystarczy jedna dobrze wbita igła.
Czasem miał wrażenie, że osobiście poniósł największą cenę za land leese. Coś popsuło się, od dnia, w którym po raz pierwszy musiał ugiąć kark przed Ameryką, a Anglia doskonale wiedział, co, bo dokładnie to samo psuło się za każdym razem, gdy okazał komukolwiek słabość albo pobłażanie. Odpowiednią opinię budowało się długo, ale można było ją stracić w jednej chwili.
Jak z dzikimi zwierzętami. Jeśli pierwszy odwrócisz wzrok, to następnym razem chętnie odgryzą ci głowę.
— Wciąż wiesz tak mało o świecie, Ameryko, ale to nic dziwnego. Twoje okulary są za słabe. Potrzebujesz dużo silniejszych szkieł, żeby zobaczyć coś poza czubkiem własnego nosa – odpowiedział Anglia, krzywiąc się lekko na samą myśl, że, czy chce czy nie, daje się wciągać w tę marną, bezpłodną konwersację. Gdyby sprawy miały się inaczej... Ale nie mają, powiedział sobie stanowczo, wiedząc, że moment, w którym zacznie o tym myśleć, będzie chwilę, w której da się zranić. Musiał trzymać dumę na wodzy. Pamiętać, kim jest, a był kimś niezwykłym, innym od nich wszystkich. Ameryka próbował go sprowokować, bo doskonale wiedział, że Anglia nie mógł sprowokować go w zamian: nie pozwalało mu na to wszystko, począwszy od rozsądku, przez interesy, na rozkazie od premiera kończąc. Winston Churchill nigdy nie pozwalał mu na szczerość względem Ameryki.
"Potrzebujemy go."
Pokręcił głową, zamierzając zrezygnować z tej dyskusji na dobre. Potrzebował sekundy lub dwóch, by wyrównać oddech, przełknąć wściekłość. W efekcie mógł przemówić na powrót spokojnym, obojętnym tonem.
Jednak zanim zdołał, usłyszał dźwięk rwanego papieru i poczuł się tak, jakby każdy milimetr urwanej karty ranił go osobiście, rozdzierał mu wnętrzności i sprawiał, że zaczęła go wypełniać po brzegi litry wrzącej krwi.
Popatrzył na Amerykę.
— Naprawdę chcesz mojej pełnej szczerości?
Anglia nie cierpiał szczerości; uważał, że prawda rzadko kiedy przynosi zyski i tylko szkodzi w interesach, a ludzie jedynie myślą, że pragnął ją znać. Nie pragnęli. Woleli dobrze zakorzenione kłamstwo, woleli życie w wygodzie i komforcie. Jeśli lawirowało się odpowiednio pomiędzy prawdą a kłamstwem, można było osiągnąć wszystko najgorszymi środkami, szybko i skutecznie. Jeśli wierzyło się w mówienie prawdy, opinia publiczna stawała się wielkim, stale rosnącym wrzodem na tyłku.
Dobry dyplomata nie wypowiedziałby pełnej prawdy nawet przez sen. Ale Anglia wiedział, że z Ameryką jest inaczej. Ich relacje... ich relacje były inne. Specjalne, powiedziałby Churchill.
Pochrzanione, poprawiał go czasem w myślach.
Poza tym Amerykanie nie byli dobrymi dyplomatami.
— Potrzebuję twojej siły. Twoich pieniędzy, współpracy i wkładu w ustabilizowanie sytuacji na kontynencie. Niemcy są spacyfikowane, Francja jak zawsze do niczego się nie nadaje, a ja i tak pomagam ci już w tej twojej wojence w Korei i w pracy nad bronią, którą tak lubisz wymachiwać. Mamy wspólne interesy i widzimy zagrożenie w tym samym miejscu... Ale kto powiedział, że potrzebuję ciebie, Alfred?
Odwrócił się i otworzył drzwi od gabinetu. Stanął w niej jednak na chwilę i, nie patrząc na Amerykę, dodał.
— Oczekuję, że, kiedy tutaj wrócę, ciebie już dawno nie będzie.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Nie Sie 21, 2016 11:08 pm

Ameryka zmierzył Anglię wzrokiem, spoglądając do niego ponad parą prostokątnych szkieł. Milczał chwilę, trawiąc gorzkie słowa Arthura. Wiedział, że mają go zirytować, że mają go sprowokować. Że to dziecinna gra słów.
(Bo sam się do niej zniżał.)
Mimo to duma Anglii irytowała go. Denerwowała. To pobłażliwe spojrzenie, kpina w oczach, wygięte w obrzydzeniu usta. Anglia nigdy go nie doceniał. Zawsze miał „ale”, gdy Alfred chciał decydować o sobie i być sobą. Anglię bolało, że nie jest ponad nim jak dawniej – Ameryka to wiedział. I każda chwila tej świadomości denerwowała go tylko bardziej.
- Zabawne – zaczął Alfred. – Jak prosto jest oceniać kogoś na pozycji, którą sam kiedyś zajmowałeś.
Ameryka nie zamierzał być taki jak Anglia. Nie zamierzał wypuścić władzy z rąk. Był potężny, potężniejszy od wyspiarskiego kraju, ale przede wszystkim – był od niego lepszy.
- Wiem więcej niż ty. Zwłaszcza teraz, gdy siedzisz zamknięty w Londynie. Świat prze naprzód, zmienia się, Anglio. Ale ty zawsze wolałeś patrzeć w przeszłość, prawda? Może i potrzebuję lepszych okularów, ale tobie niedługo potrzebny będzie teleskop. – Ameryka posłał mu cierpki uśmiech. W jego oczach znowu odbijała się kpina i złośliwość. Złote kosmyki w popołudniowym słońcu, które wychynęło niepewnie za ciężkich, brytyjskich chmur, zabłysły jak ciężkie, drogie złoto. Gdyby jeszcze grymas ironicznego uśmiechu nie wykrzywiał twarzy Alfreda, odbierając mu przystojny czar i urok, przywodziłby na myśl ideały klasycznej urody. Zdrowy, silny, młody. Znał swoją wartość, zwłaszcza przy wychudzony, bladym Anglii.
(Widział każdy jego defekt i zmianę, coś przekręcało się niewyraźnie w jego żołądku, ale milczał. „Jak się czujesz, Anglio?” Nie oczekiwał miłej odpowiedzi.)
Alfred milczał. Długo i wytrwale. Lodowato. W ten wyczuwalnie chłodny sposób, który obniżał temperaturę w pokoju. Nadal stał oparty o biurko jak nieruchomy głaz. Wyprostowany, sprawiał wrażenie szerszego w barkach niż w rzeczywistości, choć może faktycznie przybrał ostatnio na masie. A może to Anglia zmalał? Schudł? Alfred nie wiedział, ale gdy tak patrzył na Arthura… Nie, Anglię, znowu pomyślał o musze. Mała, irytująca, brzęcząca. Przewrócił oczyma.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – stwierdził oschle i bez cienia przejęcia. Wściekłość wykręciła mu wnętrzności, a żółć napłynęła do gardła. Stłumił to jednak w sobie. – Pasożytujesz na mnie – podsumował. – Do tego doszło. Musiałeś zniżyć się do proszenia mnie o pomoc. I nienawidzisz każdej sekundy tego – więc nienawidzisz mnie. Biedne imperium. – Ameryka uśmiechnął się jadowicie, przelewając w ten uśmiech całą swoją irytację, złość i gorycz.
Na jego twarzy wykwitł niepokojący wyraz.
Następne wydarzenia rozegrały się w ułamach sekund, gdy Ameryka odepchnął się z niemałą siłą od mahoniowego biurka, gdy w paru krokach, które zliczyć można było na palcach jednej ręki, pojawił się tuż przy drzwiach, zasłaniając je własnym ciałem. Opar się ręką o framugę, przechylił lekko w bok i spojrzał na Anglię z tym samym uśmiechem, który odkrył w sobie zaledwie chwilę wcześniej.
- Och, nie, Anglio. Jeszcze nie porozmawialiśmy. To nieuprzejme wychodzić w połowie dyskusji, prawda? Zwłaszcza, że to bardzo ważna sprawa. Chcesz może mi powiedzieć… Wyjaśnić, jak przystało na sojusznika… - Jego głos zniżył się, oczy zmrużyły. – Co dzieje się na Pacyfiku u wybrzeży Australii?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 22, 2016 2:33 pm

Anglia milczał o sekundę za długo. Jeśli odpowiedziałby, że owszem, bardzo prosto, musiałby przyznać, że Ameryka zajął jego pozycję, a to nie była do końca prawda. A nawet jeśli, to Anglia jeszcze nie zamierzał się z nią zgadzać. Wciąż miał coś do powiedzenia. Ta myśl rozwiązała jego dylemat.
— Lepiej byś robił, gdybyś zastanawiał się nad tym, co mówisz – poradził mu, wyraźnie ostatecznie nużąc się dyskusją.  
Wojna zakończyła się tak niedawno, że większość z nich wciąż była w rozsypce. Stany Zjednoczone nie ucierpiały, ale Europa już tak, a skoro Stary Kontynent osłabł, to balans został na dobre zachwiany – a to oznaczało, że już niedługo albo wykształci się nowa równowaga albo wybuchnie kolejna wojna. Ameryka zachowywał się, jakby już miał w garści cały świat, ale...
Anglia wierzył, że wciąż ma szansę, by odbudować swoje siły i odzyskać, chociaż częściowo, dawną pozycję. Świadomość, że na pewno nie całkowicie, że z wojną stara rzeczywistość odeszła już na zawsze, była bolesna, ale prawdziwa. Ale czy to oznaczało, że świat wyrzuci poza obieg jego i jego imperium? Tak nie będzie.
Uśmiechnął się nikle, z wyraźnym dystansem.  
— Och, Ameryko. Naprawdę polubiłeś wzbudzanie strachu – zauważył, jakby bez związku z niczym, co powiedział Stany. – Uczucie, kiedy wiesz, że każdy obawia się twojego kaprysu, musi polegać na twoim humorze... To interesujące, jak coś takiego potrafi opętać człowieka albo cały naród.
Anglia dobrze wiedział, o czym mówi; pamiętał moment, w którym sam stał się hegemonem, gdy zrozumiał, że na świecie nie ma nikogo potężniejszego od niego. To były inne czasy, nikt nie dysponował bronią atomową, a on nigdy nie był aż tak niestabilny emocjonalnie jak Stany Zjednoczone.
Chyba.
Cóż, na pewno był mądrzejszy.
— Pasożytowanie?
Nie masz tego na myśli, pomyślał bezwiednie. Chcesz mnie tylko sprowokować.
— Potrzebujesz mnie, Ameryko – powiedział. – Zastanów się, co zrobiłby Rosja, gdyby mnie tutaj nie było. To, że jako sojusznik okazałeś się całkowicie pozbawiony klasy, to inna bajka.
Odetchnął. Wiedział, że go rozzłościł; wyczuł po krótkiej ciszy, która nastała między nimi. Alfred nie miał w zwyczaju tak milczeć, ale, z drugiej strony, Alfred do niedawna nie miał w zwyczaju robić wielu rzeczy.
Anglia znów skarcił się w myślach.
Postanowił wyjść z pokoju, zanim naprawdę coś w nim pęknie i stanie się równie dziecinny i okropny, co Ameryka. Być może Stany pójdzie po rozum do głowy, kiedy zobaczy, że jego koszmarne zachowanie do niczego nie prowadzi.
Zanim jednak doszedł do drzwi, Ameryka minął go i zasłonił mu wyjście. Anglia zatrzymał się w pół kroku, od środka zalało go gorąco, a coś szarpnęło go za żołądek. Spiął ramiona i wyprostował się, miażdżąc Stany twardym, pogardliwym spojrzeniem. Nikt nigdy nie miał prawa traktować go w ten sposób, zachowywać się aż t a k bezczelnie, ale... Czasy się zmieniały, prawda? Przez jedną sekundę Anglia czuł się okropnie bezsilny, a przecież najlepszą obroną był atak, więc...
Zanim jednak coś naprawdę w nim pękło, Ameryka w końcu powiedział coś, co sprawiło, że wściekłość Anglii momentalnie zelżała. Nawet miał ochotę się uśmiechnąć. Czyli o to chodziło Ameryce przez cały ten czas. Dlatego był aż tak wściekły.
— Przypuszczam, że fale uderzają o brzeg, rybacy łowią ryby, ludzie korzystają z plaż, a statki z portów. Ale to tylko luźne przypuszczenia, w końcu siedzę zamknięty w Londynie... więc skąd miałbym wiedzieć cokolwiek o reszcie świata?
Spojrzał mu w oczy z cieniem pogardliwego rozbawienia.
— Chyba, że pytałeś mnie o Monte Bello... Jeśli tak, to dlaczego nie zapytałeś od razu? Jeśli chodzi o interesy, możemy rozmawiać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 22, 2016 9:26 pm

Alfred uśmiechnął się krzywo i szeroko do Anglii. Brak odpowiedzi potraktował jak potknięcie, a nie jak znużenie materiałem. Anglia okazywał mu wzgardę, co drażniło dumę Ameryki i nieprzyjemnie podgryzało go pod skórą irytującym dreszczem. Mimo to Ameryka zawsze umiał naginać obraz rzeczywistości do własnych potrzeb. Jeśli Anglia go ignorował, najpewniej nie potrafił nic powiedzieć. Obronić się, zaatakować. Udawał inaczej by zranić Amerykę, ale Ameryka nie był małym chłopcem, który nabiera się na krokodyle łzy.
Już nie.
- W przeciwieństwie do ciebie? Postaram się – odpowiedział mu bez przejęcia, machnąwszy niedbale ręką.
Nie wiedział, czemu właściwie przejmował się Anglią. Jego opinią. Może po prostu chciał zobaczyć, jak drugi kraj łamie się wreszcie i przyznaje: „tak, Ameryko, jesteś potęgą, teraz to ty rządzisz światem”.
„Zająłeś moje miejsce.”
To krótkie zdanie. Stwierdzenie oczywistego faktu. Tyle by wystarczyło. Gdyby Anglia docenił to proste założenie. Ale on wolał w swoim zgorzknieniu nienawidzić Ameryki za to, że nie był słaby i uległy. Pamiętliwy maniak kontroli. Ameryka spojrzał na niego z cieniem pogardy w oczach. Wiedział, że się nakręca, że sam układa dialogii z Anglią i tym samym, wkładając mu w usta słowa i zdania, których ten nie powiedział, jeszcze bardziej się nakręcał. Ale wiedział, że Anglia dokładnie tak myśli. Wystarczyło spojrzeć w jego oczy!
- Ty za to musiałeś niesamowicie kochać uczucie, gdy wszyscy byli ci ulegli, gdy wznosili do ciebie wzrok pełen nadziei i prośby. Gdy wydawało im się, że jesteś nieomylny. A potem odkryli prawdę i wszystko prysło. – Ameryka uśmiechnął się krzywo. – A ty nie umiesz się z tym pogodzić. Każdy, kto zobaczył twoją prawdziwą twarz… - urwał i roześmiał się krótko i cierpko. – Och, tak. Ale to wiemy, prawda? Nie ma sensu powtarzać oczywistości. – Wzruszył ramionami.
Niedbale, jakby ta rozmowa była ponad nim. Jakby nie musiał jej kontynuować teraz, skoro już złapał w nią Anglię. Skoro zmusił go, by ten podjął szpadę dyskusji. Jakby to wystarczyło za jego personalne zwycięstwo.
(Wcale nie.)
- Naprawdę myślisz, że nadal masz znaczenie w tej grze? Ja i on to coś zupełnie innego. Póki co pogrążasz się w kryzysie, Anglio. Nie myśl, że nie wiem, choć możesz wciskać mi swój chłód jak towar eksportowy.
Ameryka znał prawdę. Śledził uważnie wskaźniki gospodarcze Zjednoczonego Królestwa. Patrzył jak spadają na łeb na szyję, jak Londyn podnosi się powoli na chybotliwych nogach, jak zmienia się świat. Arthura zostawiły Indie, a był to dopiero początek… Świat leciał Anglii z rąk.
I Ameryka nie czuł się winny. Pożyczki na mniejszy procent niczego by nie zmieniły. Świat musiał się zmienić, kolonializm musiał zniknąć. Wolność.
Prawda?
Wolność.
No, ale wolność jako idea, bo teraz Ameryka nie zamierzył patrzeć jak Anglia odwraca się do niego plecami. Przestąpił mu więc drogę, zasłonił ją swoim ciałem, patrząc z góry na Anglię. W jego oczach zagościł chłód.
- Więc uważasz, że to zabawne? Doskonały żart. Mam ci zaklaskać? – spytał niskim głosem z tą niepokojącą, szorstką barwą, w której zawsze czaiła się niema groźba. – Zwłaszcza, że jak powiedziałeś… Jesteśmy sojusznikami? Ale to nie przeszkodziło ci pracować za moimi plecami… Wiesz, kto tak robi? Oni, Anglio.
Nie musiał mówić jacy „oni”. Wszyscy wiedzieli jak żelazna kurtyna podzieliła świat.
- To nie są interesy. Zdradzasz nasze zaufanie, Anglio.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Pon Sie 22, 2016 10:29 pm

Anglia omal go nie uderzył. Jego dłoń drgnęła samoistnie, ale powstrzymał ją, zaciskając w pięść i rozluźniając po chwili.
Zwykle nie obchodzili go ludzie, którzy mieli o sobie zbyt duże wyobrażenie – chyba, że miał okazję to wykorzystać – ale to był Ameryka. Jeszcze kilka minut takiej rozmowy i jego ego, jego szaleństwo i duma rozrosną się do tego stopnia, że wysadzą dach. Anglię mdliło, gdy patrzył w twarz, która potrafiła być naprawdę urocza albo zabawna; kiedyś stroiła głupie miny, za które Arthur go karcił z konieczności, choć nigdy zbyt entuzjastycznie. Stary Ameryka, bez okularów i uśmiechnięty, radosny bez względu na przeciwności losu zniknął. Świat naprawdę się zmieniał; jeszcze niedawno nikt nie śmiałby zwracać się do Anglii w ten sposób, co Stany teraz.
— Ameryko – Anglia upomniał go tonem rozdrażnionego nauczyciela. – Weź się w garść albo przestań marnować mój czas.
Stanął tuż przy nim, mniej niż na wyciągnięcie ręki i poczuł leciutką woń jego kurtki lotniczej. Na skórzanym materiale ostało się trochę drobnych jak odłamki szkła kropelek deszczu. Skóra, ozon, pasta do butów i amerykańskie papierosy. W jakiś sposób to był zapach, który skojarzył się Anglii z wojskiem, a Ameryka stojący w drzwiach z wściekłą, wyzywającą miną, z żywą tarczą.
— Na litość... – zaczął i od razu urwał. Wysłuchał Amerykę do końca, zaciskając przy tym usta w niemal wąską linę i przyglądając mu się jak człowiekowi, który próbował zaparzyć zieloną herbatę wrzątkiem.
Nie ukrywał, że znajduje się w głębokim dołku. Nadchodziło lato, a jemu przypadło urządzenie pierwszych po wojnie Igrzysk Olimpijskich; zapowiadało się na to, że nie będzie go nawet stać na zbudowanie miasteczka olimpijskiego i będzie musiał rozlokować sportowców po całym Londynie. Jego ludzie wciąż przyjmowali kartki na jedzenie, gospodarka ledwo dychała... Gdziekolwiek by się nie obejrzał, nic poza armią nie było stabilne.
Zmarszczył leciutko brwi. Kiedy znów usłyszał porównanie go do komunistów, był niemal pewny, że to jakiś żart ze strony od Ameryki. Nie można przecież myśleć w aż tak niedorzeczny sposób...
— Jeśli ktokolwiek tutaj pracował za czyimiś plecami, to ty i to ostentacyjnie. Dobrze i wygodnie było odmówić nam współpracy z tobą, prawda? – uśmiechnął się do niego uprzejmie. – Ale nie pamiętam, żebym zgadzał się nie pracować nad tym w ogóle.
Przeszedł jeszcze pół kroku w jego kierunku.
— Przesuń się – rozkazał. – Jeśli już ma cię ponosić, może cię równie dobrze ponosić, gdy będę parzyć herbatę. Ty pijesz kawę, prawda?
W miejscu Stanów mógł być ktokolwiek, choćby i Rosja, ale Anglia zrobiłby dokładnie to samo. Zaproponowałby herbatę kosmitom przybywającym na Ziemię z podejrzanych powodów. Bo tak należało zrobić. Po prostu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Sie 23, 2016 12:22 am

Ameryka uśmiechnął się drapieżnie. Tym razem jednak nie było w tym grymasie niczego pozytywnego. Pewność siebie nie opuszczała Jonesa, jednak wcześniejsza lekkość tonu, którym zwracał się do Anglii, wyparowała. Teraz mówił cicho, głęboko i szorstko, zdradzając tym wzrastającą irytację. Nie przejmował się jednak. Niech Anglia zobaczy, proszę bardzo. Musi zrozumieć błąd i zreflektować się. Anglia potrzebował Ameryki, nawet jeśli Arthur nie potrzebował Alfreda.
- Mówiłem ci już, Anglio. Moja obecność nigdy nie marnuje cudzego czasu.
Stali tak blisko siebie. Alfred doskonale widział cienie, malujące się pod oczyma Anglii. Chorobliwie blady odcień skóry, która łuszczyła się lekko na wysokości kości policzkowych – przesuszona i matowa. Dostrzegał płowe, przerzedzone kosmyki angielskich włosów. Zmęczone oczy, w których – może tylko sobie wmawiał – tliła się iskierka złości.
Och, Ameryka na nią liczył. Wywołać jakikolwiek cień emocji na twarzy Arthura, skoro ten chciał być taki chłodny, taki wyniosły, taki ponad to. Ameryka chciał to przełamać, a skoro nie mógł liczyć na uśmiech – na to było zdecydowanie zbyt późno, mógł przynajmniej go rozłościć. Chociaż tyle i aż tyle.
Teraz jednak czuł, że sam także jest zły. Nie spodziewał się, że Anglia zrobi coś bez jego wiedzy. I to coś na taką skalę, bo broń atomowa nie była przecież tylko zabawką. A jednak rząd Londynu odważył się, lew błysnął resztką połamanych kłów. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale wystarczyło, by Ameryka poczuł frustrację na myśl, że Anglia robi to bez niego.
- Nie ukrywałem, że nad tym pracuję, ale ty już tak, Anglio – zauważył Ameryka. – Wolałeś utrzymywać tajemnicę. Powinienem zacząć się martwić, że masz sekrety przed swoimi sojusznikami? – Uniósł brwi. – Kawę. Czarną. Bez cukru – rzucił oschle.
Nie poruszył się jednak, wwiercając w Anglię spojrzenie jasnych jak dwa kawałki lodu oczu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Sie 23, 2016 6:54 am

Pokręcił głową.
— Naprawdę? A to niespodzianka. – Przez jego twarz przeszedł uśmiech wystarczająco przelotny, by nie pozostawić po sobie żadnego większego wrażenia. Anglia był już zniecierpliwiony. Rozumiał, że były okresy, kiedy Stany ponosiło bardziej, niż zwykle; gdy czuł, że myślenie jest poniżej jego honoru. Puszczał zupełnie resztki tego, co zwykle go powstrzymywało, a później zwykł nakręcać się jeszcze bardziej. Zawsze cechowała go szalone niecierpliwość. Chciał być odważny, potężny, chciał trząść całym światem i nie zatrzymywać się nawet na moment. Głupi chłopak, najgorsze dopiero go czekało.
Anglia niemal czuł litość.
Z bliska oczy Ameryki wydawały się niemal niewidzące; miał spojrzenie ludzi zbyt opętanych własnymi emocjami, by dostrzec, gdzie są i co robią. Właśnie tutaj najwięcej ludzi dostrzegało nieprawidłowości, pomyślał. Chłopięce ciało i lodowate, nieludzkie spojrzenie. Jeszcze dziś nie było to tak nienormalne: wielu młodych ludzi widziało na wojnie więcej, niż inni przez całe swoje życie. Mimo to...
— Nie uważasz, że głupotą z mojej strony byłoby próbować utrzymać tajemnicę wielkości grzyba atomowego obok Australii? – Anglia sam posłał Ameryce takie spojrzenie, jakby chętnie sam zmiótł go z powierzchni ziemi.
Czasem – ostatnio coraz częściej – faktycznie miał ochotę.
A teraz Ameryka stał nieruchomo, rzucając Anglii oczywiste wyzwanie, nie pozwalając wyjść mu z jego własnego gabinetu, uparcie ignorując jakiekolwiek zasady przyzwoitego zachowania...
Anglia mógł albo odpowiedzieć barbarzyństwem na barbarzyństwo – doszłoby do dziecinnej przepychanki, którą Ameryka wygrałby bez cienia wątpliwości – albo ugiąć kark i zaakceptować fakt, że jeśli Stany będzie chciał tutaj stać, to nawet wybuch bomby by go nie poruszył. Obie te opcje nie podobały mu się w tym samym stopniu. Zwykle przecież był osobą, która przejmowała kontrolę tam, gdziekolwiek się pojawiła. Brakowało mu naturalnej charyzmy, ale zawsze miał dość potęgi, by to nadrobić...
Spojrzał mu w oczy, by pokazać chociaż jedno: że nawet w takiej sytuacji nie bał się Stanów. Jak zawsze zresztą.
— Odciąłeś mnie od swoich badań – powiedział dobitnie. – Naprawdę uważałeś, że pozostanę bezczynny? Nie tylko ty i on macie prawo do zbrojeń i budowania obrony na własną rękę. I przypominam ci, że nie byłoby takiej konieczności, gdyby nie Mcmahon i jego ustawa. Możesz winić tylko i wyłącznie siebie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Sie 23, 2016 7:06 pm

Anglia z nim pokrywał, Ameryka zdawał sobie z tego sprawę. Ta ironia, ta złośliwość. To wszystko zdawało się częścią ich zwykłej gry, od kiedy Ameryka po raz pierwszy powiedział „nie”. Arthur nigdy nie potrafił pogodzić się z jego odejściem, nigdy nie potrafił go uszanować. Zawsze patrzył na niego z góry, nawet teraz gdy kolana łamały się pod nim, od ciężaru ostatnich wydarzeń. Ameryka podziwiał to gdzieś w odmętach duszy. Zagubioną cząstką samego siebie. Na wierzchu jednak duma Anglii irytowała go. Zadzieranie nosa gdy nie miało się w rękawie żadnego asa było żałosną upartością. Anglia był uparty, bo nie chciał nigdy uznać Ameryki. Zamknięte koło, które nigdy nie miało znaleźć rozwiązania. Nawet teraz, gdy przecież ostatecznie Ameryka pokazał, że jest potężny. A skoro nawet teraz Anglia wolał ciągnąć tę farsę… To tylko coraz bardziej nakręcało Alfreda, który czuł mieszaninę żółci i gorąca, jaka wypełniła jego ciało. Z wierzchu zdawał się lodowaty, ale w rzeczywistości była to bardziej pękająca powoli skorupa zastygłej magmy, pod którą kotłowała się lawa.
- Uważam, że głupotą było tworzenie tego grzyba. To po pierwsze – uściślił uprzejmie Ameryka, nadal mówiąc nisko, choć spokojnie.
Chłodna furia w jego oczach była w pierwszej chwili jedynym wydźwiękiem jego narastającej złości. Teraz jednak, przy tak mikrej odległości jaka ich dzieliła, dało się dostrzec także inne symptomy. Drgającą powiekę. Nerwowy ruch ręką, jakby Ameryka przepełniała energia i natłok emocji, których póki co z siebie nie wyrzucał. Nie mógł ustać w miejscu, ale teraz wiedział, że nie może się ruszyć. Z czystą premedytacją nadal blokował przejście.
Czekał, choć tracił cierpliwość. Do Anglii, do ponurego Londynu, do całego, cholernego świata.
- Nie mówimy teraz o konieczności czy jej braku. Nie powiedziałeś ani słowa. Robiłeś to w tajemnicy. Ukrywałeś to… A każdy, kto coś ukrywa, ma nieczyste powody, prawda? – Przekrzywił głowę. – Chciałeś pokazać mi, że jeszcze możesz? Kogo chcesz okłamać, staruszku. – Ameryka wygiął usta w krzywym uśmiechu. – Wolelibyśmy, żeby twój kraj informował nas o każdej kolejnej próbie i waszych postępach. To nie prośba, Anglio. Jesteśmy w końcu sojusznikami. Nie powinieneś mieć przede mną tajemnic.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Sie 23, 2016 9:35 pm

— Rozumiem, że masz taką opinię – stwierdził Anglia, obejmując się ramionami i przyglądając mu się nagląco. "I co z tego, że ją masz? Jakie to ma znaczenie?" W całej jego postawie krył się nauczyciel, który chwilowo odciął się od wszystkiego, co mógłby czuć do swojego ucznia. Czysty obiektywizm. Zirytowanie, karcące spojrzenie, zniecierpliwienie.
Kiedyś patrzył tak na małą kolonię, gdy ta przeskrobała coś oczywistego, ale nie chciała przyznać się do winy. Wyglądał tak też, gdy mówił Ameryce, że musi się uczyć, robić rzeczy nużące i nieprzyjemne, choćby wolał zdjąć niewygodne buty i pobiegać po okolicznej łące. Obdarowywał tym spojrzeniem plamy, wygniecenia na ubraniach, rozczochrane oczy i brud pod paznokciami, ale wszystko po to, by później móc spojrzeć na Amerykę łagodniej i pochwalić go, gdy ten się poprawiał. Jego zachowanie już wtedy nie przystoiło nikomu, nawet małym chłopcom: zbytnie gadulstwo, egoizm, wiecznie rozproszona uwaga, brak pokory i szacunku dla starszych...
W kwestii wad, Stany wcale się nie zmienił.
— Chciałem traktować cię jak dorosłego, Ameryko – odparł, wpadając mu stanowczo w słowo. – Zdajesz sobie sprawę z tego, jak dziecinnie brzmisz?
Odsunął się o pół kroku i zmierzył go dłuższym spojrzeniem. Coś w jego oczach błysnęło.
— Bardzo dobrze pamiętam, kiedy raz odpływałem. – Ton jego głosu zmienił się odrobinę na odrobinę bardziej kpiący. Wykorzystywał go zawsze w podobnych sytuacjach. – Kiedy zobaczyłeś walizki, stanąłeś w drzwiach sypialni i oświadczyłeś, że nie pozwolisz mi wyjechać. O ile pamiętam, powiedziałeś mi wtedy, że nie prosisz mnie, żebym został. Mam zostać i już, bo jesteśmy przecież przyjaciółmi. Miałeś łzy w oczach. Urosłeś parę centymetrów, dostałeś w swoje ręce broń, ale... Nie widzę w tobie zmian – zakończył szyderczo. Początkowo nie zamierzał tak zabrzmieć, ale myśl, że Ameryka próbuje wydawać j e m u rozkazy ukłuła go jak wyjątkowo wielka, cholerna osa. A najgorsze było to, że ten chłopiec miał podstawy, by ż ą d a ć różnych rzeczy.
Kiedy jednak stał w tych drzwiach, naprawdę niewiele różnił się od właśnie tego – chłopca.
— Po twoich własnych decyzjach odnieśliśmy zupełnie inne wrażenie.
Odetchnął i poruszył się niecierpliwie w miejscu.
— Zejdziesz w końcu z drogi, Ameryko?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Wto Sie 23, 2016 11:06 pm

Alfred podjął spojrzenie Arthura. Wbił w niego wzrok jasnych oczu, którego ani na moment nie odrywał z twarzy Anglii, jakby chciał wyrwać z niej ochłap uczuć innych od pogardy i znużenia. Nie zamierzał przestawać tego robić. Właściwie mógł stać tak cały dzień. Nieruchomo, jak posąg, dopóki Anglia się nie złamie. A przecież w końcu będzie musiał to zrobić. Nie wytrzyma. Był słabszy.
Ameryka nienawidził tego spojrzenia. Jakby Anglia poczuwał się do bycia jego opiekunem, którym już dawno nie był. Nigdy nie umiał traktować go jak kraj, więc Alfred odwzajemnił się mu tym samym. To naturalne. Może chociaż przez to Anglia wreszcie zrozumie.
Złudne nadzieje, cholerny staruszek był tak samo uparty jak zawsze.
Ameryka uśmiechnął się krzywo.
- Nie kłam – powiedział tylko. – Nigdy nie zamierzałeś mnie tak traktować, zwłaszcza od kiedy przestałem być twoją kolonią – uściślił z cieniem rozbawienia w głosie.
Anglia traktujący go jak dorosłego, Kogo chciał okłamać? Gdy Alfred stał się dorosły, Arthur tylko usilniej starał się mu pokazać, że wcale tak nie jest.
Takie słowa nie robiły więc na nim wrażenia. Dopiero następne… Coś drgnęło w Ameryce, by potem skręcić się nieprzyjemnie. Drażliwie. Jak rozdrapana rana. Ameryka skrzywił się wyraźnie na to przesłodzone i ckliwe wspomnienie, które Anglia przytoczył cynicznie i z premedytacją. To były inne czasy. Naiwne i pastelowe. Nie były złe, dopóki nie odkrywało się, że wszystko to, to życie pod kloszem. Wszystko było w porządku, dopóki po raz pierwszy nie powiedziało się „nie”.
- Żyjesz wspomnieniami – stwierdził oschle. – Głupimi mrzonkami. Ale czego właściwie mogłem się po tobie spodziewać? To ty nie chcesz się zmienić, Anglio – parsknął niecierpliwi i odbił się niechętnie od framugi.
Coś zadrapało go w gardle.
- Znudziło mnie to – oznajmił głośniej, niż jeszcze chwilę temu, gdy jego głos zniżył się ostrzegawczo. – Jesteś nudny jak zawsze. Naprawdę… Rozmawianie z tobą to strata czasu. – Parsknął i machnął niedbale ręką. – Zresztą to i tak nie ma znaczenia. Ty i twój rząd macie nam mówić o wszystkich kolejnych próbach, jakie przeprowadzicie. To wszystko. – Odsunął się i obrócił do Anglii plecami, wsuwając dłonie w kieszenie spodni.
O ile spodnie miały wtedy kieszenie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 24, 2016 10:16 am

Z początku Anglia niczego nie mówił, zupełnie tak, jakby nie usłyszał oskarżeń o kłamstwo. Często zdarzało mu się, by w towarzystwie osób, z którymi już dawno przekroczył granicę uprzejmości i sztucznych ceremonii, nie odpowiadać na rzeczy, gdy nie czuł takiej potrzeby. Obcym ludziom podarowałby jeszcze jakieś puste, nic nie znaczące zdanie, teraz jednak wydał się po prostu niezadowolony. Chłodna cisza, jaką obdarował rozmówcę, jedynie to podkreśliła.
Nie czuł potrzeby, by wyjaśnić, jaka jest prawda. Ameryka nie tylko nie chciał wiedzieć, ale prawdopodobnie nawet go to nie interesowało. Poza tym Anglia w końcu i w nim dostrzegł zniechęcenie. Wkrótce Stany faktycznie zrobił niezadowoloną minę i rzucił jakieś ostentacyjne kłamstwo. Anglia wiedział, że nie chodziło o znudzenie, tylko o to, że udało mu się dotknąć jednego z jego czulszych punktów: niezbyt może boleśnie, na pewno nie tak, żeby go zranić albo zrobić na nim wrażenie, ale... wystarczająco, by wzbudzić w nim ślady jakiegokolwiek rozsądku. W zamian za to Anglia postarał się nie okazać zadowolenia ani pogardy, gdy chłopak nareszcie odsunął się, żeby zrobić mu przejście.
— To wszystko? – powtórzył szyderczo, piętnując tym samym długą litanię oszczerstw, którymi Ameryka musiał poprzedzić swoje żądanie. – Rozumiem.
Idę o zakład, że nie mogę cię poprosić o wzajemność.
Anglia rzucił mu krótkie spojrzenie, pokręcił do siebie głową, a następnie wyszedł z gabinetu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że serce bije mu szybciej, niż powinno: niemal tak mocno, że wyobraził sobie, jak pośpiesznie pompuje krew, drżąc z nerwów i wysiłku. Odetchnął. To było... niespotykane. Ze złości na siebie wykrzywił twarz w grymas, korzystając z momentu, w którym Ameryka mógł widzieć tylko i wyłącznie jego plecy.
Miał ochotę coś rozbić, ale musiał skupić się na interesach.
— Rozważę tę sprawę z premierem. Rozumiesz, że dopóki żądasz wszystkiego, nie dając mi niczego w zamian, informowanie twoich ludzi o każdym moim ruchu jest tylko i wyłącznie gestem mojej dobrej woli względem ciebie, prawda?
Anglia zszedł po schodach na parter, skąd dojrzał już znajome kształty swojej kuchni. Na sam jej widok poczuł się odrobinę spokojniejszy. Po długich dniach pracy, wyjazdach zarówno do innych części kraju jak i zagranicę, lubił znaleźć się w tym miejscu, utrzymanym w ciepłych jesiennych odcieniach. Znał położenie każdego garnka, wiedział, po które pudełko sięgnąć, by wyjąć potrzebną mu przyprawę, na ile trzeba odkręcić każdy z kranów, by popłynęła woda idealna do mycia naczyń. Choć regularnie tęsknił za służbą i pomocą domową, to w chwilach nerwów zajęcie tak proste jak zaparzenie sobie herbaty przynosiło mu przyjemność tak zaskakującą, że żałował, że nie odkrył jej wcześniej. Proste sprawy były idealną przeciwwagą dla tych ciężkich: zrobienie kawy nie wymagało długoterminowej strategii, przygotowanie sobie posiłku było mniej ryzykowne od pracy nad bombą wodorową, a wyszorowanie garnków łatwiejsze od utrzymywania świata w jednym kawałku. Wprawdzie Anglia wciąż miał większą wprawę w prowadzeniu wojen niż samodzielnym upieczeniu pieczeni w miętowym sosie, ale ostatnio odkrywał, że to drugie zajęcie nie jest aż bez bezpłodne, jak wcześniej mu się wydawało.
(Ostatni raz przed utratą służby gotował, gdy Nowy Świat był jednocześnie bardzo małym światkiem.)
Odetchnął. Uznał, że chwila, którą zajęło im zejście do kuchni, mogła być wystarczająco długa.
— Już... Przeszło ci chociaż trochę? Bo niedługo będę miał przy sobie wrzątek i lepiej byłoby dla nas obu, gdybyś tym razem przystopował z próbą wyprowadzenia mnie z równowagi.
Anglia żartował. Choć właściwie, czy faktycznie był to żart, czy absolutnie poważna groźba, zależało od Ameryki.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 24, 2016 7:18 pm

Alfred zacisnął usta w wąską linię. Odwrócony plecami mógł sobie pozwolić na rozluźnienie sztucznej maski spokoju i obojętności, która więziła jego twarz. To była tylko chwila ulgi, gdy poczuł, że Anglia go mija, na powrót zobojętniał, a w jego oczach odbiło się znużenie. Zacisnął w pieści wsunięte w kieszenie spodni dłonie i odetchnął. Właściwie to westchnął głośno i celowo, jakby chciał tym samym ironicznie podsumować każde słowo Anglii, jakie dotąd padło z jego ust.
Jego wnętrze skręcało się nieprzyjemnie. Coś ciążyło mu na żołądku, ale Ameryka ignorował to uparcie. Głupie sentymenty, naiwne nadzieje. Chciał wyplenić to z siebie, zobojętnieć kompletnie na zachowanie Anglii. Na jego słowa i wzrok. O ile lepiej czułby się, gdyby to wszystko nie docierało tak głęboko w jego wnętrze. Nie przejmował się każdym rzuconym przez Arthura słowem, ale po ich rozmowach czuł się obrzydzony.
Sam nie wiedział czy do Anglii, siebie czy cholernego świata, który tylko bardziej się komplikował. A powinien być coraz prostszy!
- Dałem ci dużo – przypomniał Anglii. – Podczas wojny i zaraz po niej. Dostałeś najwięcej od Marshalla. A jednak ciągle wymagasz i kręcisz nosem. To nie moja wina, że ciebie nie da się zadowolić, Anglio. – Alfred wzruszył niedbale ramionami.
Tak właśnie było. Anglia nie będzie zadowolony zależny od innych. Chciałby znowu być imperium i miał za złe Ameryce, że już nim nie jest. I co miał zrobić Alfred? Być jak Kanada i słuchać w milczeniu, kiwać głową? Pff, nie. Ameryka nie zamierzał tego robić. Doszedł do wszystkiego sam i jeśli Anglia myślał, że może to umniejszać…!
Schody skrzypiały pod ich stopami, gdy schodzili na dół. Ameryka, nerwowy i rozpierany niespożytą energią, rozglądał się dookoła, przesuwając niewidzącym spojrzeniem po zawieszonych na ścianach wzdłuż schodów niewielkich obrazkach, przedstawiających angielski krajobraz.
Ameryka parsknął. Był w tym cień uśmiechu, ale i cień niecierpliwości. Tak jak głos Anglii i jego ton balansował na granicy dwóch biegunów, tak i Alfred nie pozostawał w tej kwestii daleko w tyle.
- Powiedziałem to co miałem, choć chciałbym zobaczyć jak tłumaczysz z oblania mnie wrzątkiem. – Uśmiechnął się krzywo, trochę cierpko. – Poza tym, skoro masz na to ochotę, z nas dwóch chyba ty powinieneś się uspokoić, staruszku. To niezdrowe w twoim wieku.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 24, 2016 8:11 pm

"Dostałeś najwięcej..."
Śmieci. Długów. Rzeczy, których Ameryka wcale nie potrzebował, albo takich, za które rozkazywał sobie w przyszłości zapłacić więcej, niż były warte. Anglia wiedział, że za każdym razem, gdy korzysta z amerykańskiej dobrej woli, naraża się na konieczność uginania karku, okazywania wdzięczności zarówno na arenie międzynarodowej jak i prywatnej, pomiędzy nim a Stanami. Ta pomoc była bezlitosną formą uzależnienia od siebie, uprzykrzania życia, wykorzystywania jego ciężkiej sytuacji i upodlania sojuszników. Ale i tak nie mogli jej odmówić. Potrzebowali wszystkiego – każdego kawałka śmiecia – jaki Stany Zjednoczone raczyły im dać. To wszystko było ceną wliczoną za wygraną wojnę.
Anglia zrobiłby to samo, gdyby był na miejscu Stanów Zjednoczonych. Ale nie był. Stał po drugiej stronie, tej, która żebrząc o pomoc wyciągała ręce z nadzieją, że dobroczyńca rzuci mu parę pensów. Jeśli jednak splunąłby i zapytałby głośno, czemu to tylko pensy, a nie złoty suweren, mógłby obrazić pana i następnym razem nie pozwolono by mu żebrać pod jego posiadłością. Anglia powstrzymał wpływające mu na usta słowa. Minęło już wiele czasu, odkąd zmusił się do proszenia o pomoc, ale to nigdy nie przestał być dla niego bolesny temat. Boleśniejszy od Ameryki i jego dziecinnych twierdzeń, że Imperium Brytyjskie już nie istnieje. Przecież Anglia wiedział, że wciąż istnieje, przeżywa kryzys, ale kryzysy mijają. Nie był pierwszą lepszą malutką wysepką, nie był słabym, młodym, podległym komuś innemu, ani bezużytecznym krajem...
To tylko chwilowe. Któregoś dnia pozwolę ci się udławić satysfakcją, Ameryko.
— To wciąż mniej, niż potrzebujemy, żeby ustabilizować sytuację na kontynencie. Dobrze o tym wiesz – odpowiedział lodowato. – Nie zachowuj się też, jakbyś nie dostawał niczego w zamian.
Wydałbyś te pieniądze dla samej satysfakcji z obserwowania, jak muszę je przyjąć.
Kuchnia. Garnki wiszące na ścianie, zlew z paroma niezmytymi naczyniami, duży stół i okrągły, szklany wazon z pączkującymi różami w środku. Czerwone i białe.
— Jeśli postanowię oblać cię wrzątkiem, to obiecuję, nie będę nikomu się z tego tłumaczyć – powiedział Anglia. – Zasad przestrzega się w całości albo wcale, Ameryko. Nie ma niczego pomiędzy.
Wlał do czajnika wodę, a następnie podszedł zapalić ogień w kuchence. Zdawało się, że przestał zwracać uwagę na Amerykę. Nie patrzył już na niego; zamiast tego kazał sobie myśleć o tym, gdzie jest puszka z herbatą, czy w ogóle ma w domu cukier i, czy została jeszcze kawa. Kiedyś trzymał jej odrobinę tylko dla Ameryki i, opcjonalnie, innych gości. Teraz sam ją pijał, gdy pracował do późna i sam już nie miał pewności... Wolałby uniknąć żenującej sytuacji, w której w jego domu brakuje czegoś, o co poprosił gość. Nieważne, jaki to był gość.
Jego ścisnął się minimalnie z nerwów. Pozostawiając czajnik na ogniu, Anglia odszedł do jednej z szafek. Wyciągnął puszkę z herbatą, później znalazł tę z cukrem – sądząc po jej ciężarze była dostatecznie pełna, by starczyło dla Ameryki. Teraz rozejrzał się za kawą i znów poczuł drgnięcie w okolicach serca, gdy Stany mimochodem go obraził.
Odetchnął.
— Obce państwo wdziera się do twojego domu, niszczy twoją własność, ogranicza twoją wolność i wielokrotnie cię obraża. Co robisz, Ameryko? – zapytał spokojnie. – Bo ja czuję się bardziej niż usprawiedliwiony do wyproszenia cię jakimkolwiek możliwym sposobem. Słodzisz trzy łyżeczki, racja?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 24, 2016 9:38 pm

Alfred przekrzywił głowę i spojrzał w bok, jakby od niechcenia, znudzony tematem rozmowy. Jakby nie istniało nic poza Europą i jej problemami. Zawsze tylko ona!
To nie wina Ameryki, że Europa jest słaba, że nie potrafi się pozbierać po wojnie. On też przeżył raz wojnę u siebie. Czy ktoś mu wtedy pomagał? Anglia się wstrzymał, to Ameryka pamiętał wyraźnie. W końcu połowa jego osoby była mu wdzięczna, a druga miała wtedy ochotę splunąć mu w twarz. Zabawne uczucie.
Od tamtego czasu Ameryka przynajmniej jedną rzecz naprawił. Przestał być wdzięczny, bo Anglia był wyrachowanym draniem, który nie robił niczego z altruizmu. Wszystko miał zaplanowane, wszystko rozważał w kwestiach zysku. Alfred był tego pewien.
W pewnym sensie aspirował do podobnego zachowania, bo to ono wynosiło na szczyty. Prosta zależność. W tym brudnym świecie nie można było być zbyt naiwnym.
- To nie moja wina, że chcecie tylko więcej i więcej. Utrzymuję was już od dłuższego czasu – zauważył bez większego przejęcia. Ostentacyjnie ziewnął, stając w kuchni tuż przy drzwiach wyjściowych, jakby na skraju rezygnacji z dalszej dyskusji.
Kiwał się na piętach, pochylając się raz do przodu, raz do tyłu. Wciąż go nosiło, ale ostatecznie zwalczył chęć krążenia po kuchni i po prostu oparł się o blat jednej z szafek.
- Właściwie to nie dostaję. Póki co żaden z was nie zwrócił mi nawet części kosztów, jakie ponosi wasze utrzymanie. – Ameryka obejrzał swoje paznokcie. Gładkie, krótkie i zadbane. – Francja pławi się we własnym kryzysie, a ty znajdujesz czas i pieniądze na testy broni atomowej. – Uniósł wzrok. – Oczywiście, wcale nie zamierzam ci nic wytykać. – Ameryka uśmiechnął się krzywo.
Jego spojrzenie omiotło nieciekawą kuchnię. Alfred zatrzymał dłużej wzrok tylko na wazonie, w którym ktoś ułożył pąki róż. Pojedyncza zmarszczka zastanowienia pojawiła się pomiędzy jego brwiami, ale nie od razu zwrócił uwagę na ten… Niezbyt pasujący do całości element. Kwiaty. Skąd Anglia miał je mieć? Cięte, piękne róże nie pasowały do kogoś takiego jak Arthur. I chyba nawet Arthur ich nie lubił. Alfred kojarzył to jak przez mgłę.
I wcale nie spodobało mu się, że faktycznie pamięta taki głupi szczegół.
- Cóż, ale to nie byłoby dojrzałe i profesjonalne zachowanie. Jak ty byś to zniósł. – Wzruszył ramionami. – Piękne kwiaty. To od kobiety? Czy „z wyrazami miłości Europa”? – Uśmiechnął się do własnego żartu.
Miernej zresztą próby. Odchrząknął i wzruszył niedbale ramionami. Spojrzał w bok, na jakiś szkopuł, który nawet go nie zaciekawił. Anglia pamiętał, ale to nic nie znaczyło i o niczym nie świadczyło. To tylko głupi szczegół. Jak wszystkie takie drobiazgi w ich relacjach. Albo nieświadome i błahe, albo pokrzywione i wykorzystywane z premedytacją. Sentyment był dla starych i Ameryka nie chciał (a co za tym idzie – nie zamierzał) go czuć.
- Hm. Kiedyś mówiłem chyba „witaj, Anglio, dawno cię nie widziałem” – parsknął. – To urocze, że zamierzasz mi pamiętać nasze dzisiejsze spotkanie… - Alfred znowu przesunął wzrok, który padł teraz na samotną puszkę brytyjskich, maślanych ciasteczek, ustawioną na niskiej, pękatej lodówce.
Alfred zawiesił na niej wzrok o sekundę za długo, by był to kolejny element tła.
- Tak. Trzy – powtórzył pusto, jak echo. – Te ciasta jak rozumiem posłużą za poczęstunek. Będą idealne do kawy – zauważył.
A gdy Ameryka coś takiego zauważał, zazwyczaj oznaczało to po prostu, że tego chciał. Podobnie zachowywał się już jako dziecko.
„Och, Anglio, jakże miło byłoby mieć ten piękny niebieski kwiatek. Mógłbym go wręczyć przyjacielowi!”

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 24, 2016 11:06 pm


— Powiedz jeszcze, że robisz to z dobrego serca, a wzruszę się nad twoim losem. – Tym razem Anglia naprawdę nie poświęcił Ameryce zbyt wiele uwagi. Z wdzięcznością skupił się na innym zajęciu i myślał o kawie, herbacie, o wrzątku i wszystkim innym, o czym tylko mógł. W ten sposób odciągał swoje myśli od tego, brzmieć na faktycznie delikatnie rozbawionego tak koszmarną głupotą swojego najważniejszego sojusznika.
Ameryka był okropnie zakłamanym chłopcem.
Puszka z kawą okazała się niebezpiecznie lekka. Anglia odkręcił zakrętkę i spojrzał do środka, czując, jak na żołądek opada mu jakiś ciężar. W jego twarz buchnął gorzki zapach taniej kawy. Na samym dnie leżały marne resztki, niewystarczające nawet na pojedynczą porcję.
— ...inwestuję w Europę moje własne pieniądze, Ameryko. Poza tym znajduję też czas na wspomaganie twojej wojenki w Korei i na wiele innych spraw. Przedwczoraj wróciłem z Egiptu. Wiem, że chciałbyś widzieć mnie na wózku inwalidzkim, ale obecnie dostajesz część zapłaty w efektach swoich pożyczek. Nie mam pojęcia, dlaczego muszę ci to tłumaczyć. Powinieneś znać się przynajmniej na własnych interesach.
Nieśpiesznie, powolnymi ruchami, zakręcił pudełko i odsunął je na bok. Tym razem czuł irytację do samego siebie. Woda w czajniku gotowała się powoli, wszystko inne również było przygotowane. Ale co on ma zrobić bez kawy? Mógłby nalać do kubka sam obiecany wrzątek i wylać go, gdy tylko kpiący uśmiech i szydercze spojrzenie zawitają na twarzy Ameryki. "Jak można nie mieć kawy?" Z drugiej strony... Nieważne, jak okropnie nie zachowywał się Stany, kawa nie była jego winą. On był tylko gościem, a to gospodarz odpowiadał za resztę.
Anglia odetchnął.
— Kiedyś ściągnąłbym ci spodnie i dał przynajmniej dziesięć klapsów za takie zachowanie – mruknął.
Wiedział, że Ameryka krząta się po kuchni, rozgląda, szukając czegoś, czym mógłby zająć dłonie albo myśli. Przyuważył u niego tę nerwowość już rok albo dwa lata temu i, choć denerwowała go, to potrafił to zrozumieć. Miał pewność, że Stany nie zauważył w nim jeszcze niczego niepokojącego w momencie, gdy ten wspomniał o kwiatach.
— Czy odpowiedź zalicza się do kategorii "musisz mi mówić o sobie wszystko?" – zapytał cynicznie, niezbyt chętny do zdradzania czegokolwiek z swojego prywatnego życia.
Odwrócił się i zlokalizował wzrokiem Amerykę. Widział, jak ten odrywa wzrok od bukietu świeżych róż i zaczyna rozglądać się po kątach; jak jego wzrok przesuwa się po meblach, wzdłuż lodówki, aż wreszcie zatrzymuje się dłużej na ciastkach. Nie było sensu go okłamywać.
— Gdybyś zapowiedział swoją wizytę, pewnie tak właśnie by było – oświadczył. – Ale przyszedłeś bez zaproszenia, nie dając mi szansy niczego przygotować. Te ciastka nie są przeznaczone ani dla ciebie ani dla mnie. Zresztą... Sam je upiekłem, więc nie wiem, czy naprawdę chcesz ich próbować.
Sekunda przerwy.
— Ale skończyła się kawa – stwierdził ostatecznie. Załatwianie takich spraw bez pomocy domowej było okropnie frustrujące, bo czuł, że cała odpowiedzialność spada na niego. – Więc mogę zaparzyć ci czarnej herbaty i... Poczęstuj się ciastkiem w ramach rekompensaty – dodał. Wiedział, że Ameryka chce, inaczej nie sugerowałby tak okrężną drogą.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Sro Sie 24, 2016 11:36 pm

Alfred spojrzał przeciągle na Anglię i parsknął cicho czymś, co można nawet było posądzić o bycie śmiechem.
- Nie. W rzeczywistości pomagam wam się odbudować, by patrzeć jak cierpicie. Tak. To ma sens, Anglio. – Pokiwał powoli głową.
Bo czy naprawdę Arthur zamierzał mu wytykać, że brał coś za coś? Altruizm nie wchodził w grę w polityce, ale Ameryka uważał, że i tak dawał dużo z własnej dobrej woli. Mógł przecież zostawić Europę samej sobie. Mógł, prawda? Oczywiście Anglia czy Francja chcieli widzieć w tym tworzenie buforu przeciwko ZSRR, ale czy ZSRR samo nie musiało stanąć na nogi? Także przecież ucierpiało. Ameryka więc nie musiał się go obawiać przynajmniej w pierwszych latach.
(Nie, żeby kiedykolwiek miał się go obawiać!)
- Znam. To ty marudzisz, że cię… Wyzyskuję? Dobrze rozumiem te aluzje? – Alfred rozłożył ręce. – Człowiek chce być dobry i proszę, co go spotyka. Daj drugiemu palec, a utnie ci rękę w łokciu. Czy coś. Daj spokój, Anglio. Wiem, że nigdy nie docenisz pomocy ode mnie. A skoro ja to wiem i ty to wiesz, możemy wypić tę głupią herbatę i kawę, prawda? – Uśmiechnął się kąśliwie.
Na kolejną uwagę tylko przewrócił oczyma, pozwalając Anglii swobodnie kręcić się po kuchni. Zastanawiał się, czy powinien w ogóle coś odpowiedzieć. Nic nie irytowało go i męczyło tak, jak wieczne wracanie do przeszłości, które Anglia najwyraźniej ubóstwiał. Alfred czasami naprawdę miał ochotę wziąć szczotkę i odkurzyć ten relikt zamierzchłej epoki. Albo solidnie nim potrząsnąć. Rozmowy o tym co było i minęło były nużące, nieciekawe i zdawały się tak odległe. Alfred nadal pamiętał uśmiech Arthura, ale im dłużej jego relacje z Anglią wyglądały właśnie tak jak teraz, tym bardziej tamten gest wydawał mu się tylko parodią grymasu. Bo czy to możliwe by Anglia kiedykolwiek uśmiechał się szczerze? Tylko wtedy gdy Ameryka słuchał go bez słowa sprzeciwu. Kiedy był nie myślącą za siebie, słodką ozdóbką.
Ameryka prychnął.
- To aż taki sekret i tajemnica? – odparł niemalże rozbawiony. Uniósł brwi w starannie wystudiowanym zdumieniu. – Żebym się przejął, musiałbyś je chyba dostać od Związku Radzieckiego. – Alfred roześmiał się głośno.
I może nawet trochę sztucznie.
Potem zaś zmienił obiekt zainteresowania, przerzucając się na ciastka
- Pieczesz? – Ameryka podniósł puszkę, ignorując zdawkowe zaprzeczenia i negacje Anglii. Otworzył wieczko i zajrzał do środka. W nozdrza uderzył go zapach mąki i kruchy pył mikroskopijnych okruszków słodkiego ciasta.
- A dom stoi nadal i nic nie spłonęło. Jestem pod wrażeniem. Jadłem gorsze rzeczy, głównie wtedy, gdy gotowałeś obiady – podsumował lekko i bez większych oporów systematycznie drażniąc Anglię.
Oko za oko, ząb za ząb.
- Zresztą po co piekłeś ciastka, których nie zamierzasz zjeść? Chciałeś otruć Francję? Nie dałby się nabrać. A takie stojące ciastka to marnotrawność.
Uniósł wzrok na Arthura, wsuwając dłoń w puszkę.
- Zaraz. Jak to się skończyła. – Zmarszczył brwi. – Sam mi ją zaproponowałeś. Jak w ogóle można nie mieć kawy. – Ameryka westchnął teatralnie. – Beznadzieja, Anglio. Jest gorzej niż myślałem. – Wyjął jedno ciastko i ugryzł je, bez większego zastanowienia. – Niech już będzie ta herbata. – Skrzywił się. – Ale wiesz, że nie lubię herbaty.
Herbatę najlepiej topiło się w oceanie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Sie 25, 2016 10:26 am

Anglia parsknął bezgłośnie. Czasem zastanawiał się, czy Ameryka naprawdę jest tak głupi, uparty, czy po prostu bardzo sprawnie udaje przez całe swoje życie wiarę w to, że przyzwoitość ma cokolwiek wspólnego z polityką. Stany patrzyłby na ich cierpienie ze szklanką coli z lodem w ręce, gdyby to sprzyjało jego interesom – dokładnie jak robił to przed przystąpieniem do ostatniej wielkiej wojny. Anglia nie miał o to pretensji. Każdy z choć odrobiną rozsądku zrobiłby dokładnie to samo na jego miejscu. Pozwalałby innym cierpieć i myślał, przede wszystkim, o sobie oraz o długoterminowych konsekwencjach. Anglia też niejeden raz podejmował podobne decyzje. Honor był tylko piękną ideą wartą pielęgnowania, ale konieczność ochrony własnych ludzi, ziem i interesów – realną koniecznością.
— I doceniamy twoją pomoc. – Wrócił w końcu do dyplomacji. Owszem, komentarz Ameryki był głupi i nie na miejscu, ale tym razem Anglia uznał, że nie ma sensu tego podkreślać.
— Podkreśliłem tylko, że nie jestem tak upadający, jak próbujesz sobie wyśnić. Nie uważam, żebyś mnie wyzyskiwał, Ameryko – wytłumaczył niecierpliwie. Przez akcent zabrzmiał, jakby wypluwał te słowa. – W końcu jesteśmy sojusznikami. Robię to z własnej woli.
Skrzywił się odrobinę. Ameryka go wyzyskiwał, ale Anglia rozumiał, że to naturalne. Cena była uczciwa, dopóki obie strony były sobie równe. Gdy brakowało balansu, jedna strona mogła zaproponować dowolnie absurdalną cenę, a druga nie miała wyjścia.
Obrócił się, a jego wzrok mimowolnie trafił na pączkujące róże. Właściwie Stany mógłby spokojnie założyć, że pochodzą z jakiegoś ogrodu Anglii albo, że kupił je sam dla siebie. W końcu pierwszym kwiatem, z jakim go kojarzono, były róże. Prawie nikt nie wiedział, że Anglia ich nie znosi, więc, w efekcie, przy każdej okazji dostawał bukiet mdląco pachnących, słabych kwiatów o ckliwej, przesadzonej opinii. Zawsze okazywał wdzięczność, a później część bukietów lądowała w koszach przy pierwszej możliwej okazji. Ale nie te kwiaty. Anglia miał wystarczająco wiele przyzwoitości, by ich nie wyrzucić. To nie odpowiadało na pytanie, skąd Ameryka wiedział, że jest w nich coś dziwnego. Pamiętał?
— To tylko moje własne sprawy – odparł. Nawet jeśli nie były żadną tajemnicą, to nikt nie musiał o nich wiedzieć. Anglia cenił swoją prywatność; wystarczyło mu, że Ameryka wdarł się do jego domu, nie istniała potrzeba, by dodatkowo wtrącał nos w nieswoje życia.
Anglia przesunął po nim krytycznym spojrzeniem, ale na uwagę o Rosji, w jego oczach pojawił się cień pobłażania. Związek Radziecki mógłby wysłać mu kwiaty z kondolencjami, że musi użerać się z kimś takim jak Stany; to byłoby nawet w jego stylu. Bukiet z podsłuchem w środku. Albo trujący bluszcz.
— Nigdy nie powiedziałeś, że ci nie smakują. Nie musiałeś jeść ich wtedy i nie musisz jeść niczego teraz.
Kiedyś Anglia gotował Ameryce przekonany, że chłopcu to smakuje i, że obu im sprawia to prawdziwą radość. Z perspektywy czasu nie wierzył, jak naiwny był wtedy, pozwalając oszukiwać się małemu dziecku. Cóż, jak za każdy swój życiowy błąd, płacił podwójnie.
Ameryka sięgnął bezczelnie po puszkę z ciastkami. Anglia przypuszczał, że ten nawet nie wysłuchał do końca jego tłumaczeń.
— Dla... – urwał. Coraz głośniejszy pisk czajnika zetknął się w czasie z momentem, w którym frustracja Anglii podskoczyła do góry jak wskaźnik na włożonym do wrzątku termometrze.
Bez słowa cofnął się, zdjął czajnik z ognia – warzył go przez chwilę w dłoni, perspektywa wrzątku była kusząca – a później go odłożył. Powiedział sobie, że to nie na Amerykę jest aż tak zły, tylko na siebie, na sytuację, na wszystko w ogólności. Następnie podszedł do Ameryki i zabrał mu z rąk puszkę z ciastkami.
— Obiecałem je komuś – popatrzył mu krótko w oczy. – Weź jeszcze jedno, jeśli naprawdę chcesz, ale jeśli moja twarz naprawdę aż tak cię prowokuje, to nie rozumiem, czemu w ogóle chcesz zostać na herbatę.
"Czemu jeszcze tutaj jesteś?"

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Stany Zjednoczone

avatar

Liczba postów : 102
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    Czw Sie 25, 2016 6:35 pm

Alfred spojrzał na Anglię powątpiewająco. Nie uwierzył w to proste zdanie, bo i mało miało wspólnego z prawdą. W jego odczuciu. Wszyscy tak naprawdę chcieli tylko więcej i więcej, a i tak mieli mu za złe. Mieli mu za złe, że jego tereny nie były objęte wojną, że jego kraj nie był ekonomicznym pustkowiem, że był silny. Przyjmowali pomoc, ale Alfred za swoimi plecami słyszał ich szepty. Widział ich spojrzenia. Ignorował je, zadzierał dumnie głowę. Był wystarczająco silny, by nie przejmować się innymi. Czemu więc miał się martwić?
- Nie jestem ślepy – zauważył tylko Alfred, na stwierdzenie Anglii o swoim stanie zdrowia. Ameryka przyglądał się mu uważnie. Jego lekko zgarbionym plecom. Czy tylko mu się wydawało? Ręce Anglii nie drżały, trzymał w dłoniach pewnie kolejne przedmioty, ale z drugiej strony skóra na jego dłoniach była sucha, skórki zaniedbane, cera – blada w ten nieprzyjemnie martwiący sposób.
Ale Ameryka nie powiedział nic więcej. Przecież nie troszczył się o to. Nie martwił. Prawda? Anglia sam musiał się z tym uporać i pogodzić. Ameryka nie mógł mu nic na to poradzić.
Alfred nawet nie zauważył, jak zamilkł na parę chwil pozwalając sobie na zamyślenie, podczas gdy jego spojrzenie oscylowało w okolicach tułowia Arthura, zahaczając o jego ręce.
- Wyglądasz trochę jak alergik zapewniający, że wcale nie ma alergii na orzeszki z puszki – zauważył cierpko Ameryka i przekrzywił głowę. Zerknął na twarz Anglii. Długie cienie i… Podbite oko? Ameryka nie miał pewności.
Wziął głębszy wdech i na moment zapomniał o oddechu. Myślał nadal, a odpowiedział odruchowo. Anglia ironizował prosto w jego oczy, Ameryka do tego przywykł, ale cynizm uwag Arthura wzrastał wprost proporcjonalnie do czasu, jaki mijał od ich rozstania. To nie tak powinno być, ale Ameryka zaczął powoli przywykać.
Nie, nie pogodził się. Po prostu przywykał.
- Najwyraźniej bardzo sekretne – zauważył i parsknął cicho. – Wtedy byś się obraził. Zasmucił. Zrobił tę minę kopniętego psa. Mówienie ci prawdy raczej nigdy nie wchodziło w grę, co, Anglio? – Uśmiechnął się ironicznie.
I kłamał. Ale to przy okazji. Jedzenie Anglii nigdy nie sprawiało mu szczególnego problemu. Było pożywne i soczyste, a Ameryka lubił zjeść. Znacznie bardziej wolał coś takiego aniżeli gołębie porcje nawet najbardziej wykwintnych francuskich dać. Ale przecież nie przyznałby się do tego na głos.
- Zabierasz gościowi poczęstunek – zauważył Ameryka, mrużąc oczy. Mimo to uśmiechnął się krzywo i bez większych oporów sięgnął po ciastko. – Kwiaty, ciastka. Och, Anglio. Czyżbyś kogoś miał? – Roześmiał się, jakby sama wizja czegoś takiego była tak abstrakcyjna, że aż nie do uwierzenia.
Bo przecież Anglia nie miał nikogo. Jeśli miałby… To niby kogo?
Ugryzł ciastko, kończąc tym samym salwę śmiechu.
- Nudzi mi się – stwierdził Ameryka. – Poza tym ciekawie patrzeć, jak powstrzymujesz się przed oblaniem mnie wrzątkiem. – Wzruszył ramionami. – Chcesz mnie wyprosić? Tak szybko? To niekulturalne, co, Anglio? – Kolejny krzywy uśmiech.
Alfred miał ich wiele w zanadrzu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.    

Powrót do góry Go down
 
Londyn, pierwsza połowa lat 50tych.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 7Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
 Similar topics
-
» Zielnik [Isao]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Hehetalia :: Cały świat! :: Rozgrywki historyczne-
Skocz do: