Hehetalia

Oto Świat, Panie i Panowie, Panowie i Panie!
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Londyn, wrzesień 1930

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Anglia

avatar

Liczba postów : 118
Join date : 21/06/2016

PisanieTemat: Londyn, wrzesień 1930   Pon Lip 18, 2016 2:08 pm

Dokumenty, które miał przed sobą, szczegółowo opisywały plan i możliwe konsekwencje odejścia od parytetu złota. Decyzja na ten temat została już właściwie nieoficjalnie podjęta, teraz zostało tylko poczekać i zobaczyć, jak to wpłynie na Londyn i członków Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Czytając o tym, Anglia próbował przewidzieć konsekwencje, ale nieustannie dochodził tylko do dwóch niezbyt odkrywczych wniosków: że to zbyt nagłe, drastyczne i ryzykowne rozwiązanie. I, że obecnie nie ma lepszej opcji. W tych desperackich próbach utrzymania stabilności państwa, jego nowy rząd obniżył już wypłaty wszystkich opłacanych z budżetu zawodów, a niczego to nie zmieniło. Dalej dobijali dna, więc potrzebowali nowego rozwiązania.
Dziękuję za ten kryzys, Ameryko, pomyślał gorzko. Obiecuję, że napluję ci na buty, kiedy już uda nam się wypłynąć z tej rzeki gówna.
W tej samej chwili usłyszał, jak wielka wskazówka antycznego zegara gabinetowego przeskakuje ostatnią minutę do równej pory. Rozległy się pierwsze dźwięki dzwonów wygrywających powolną, sięgającą serca melodię; gdy milkła na długie sekundy, ciszę wypełniało tykanie wskazówek i szum padającego na zewnątrz deszczu. Piętnasta, zrozumiał. Kierowca, którego posłał na lotnisko, prawdopodobnie zdążył przeprosić już Kanadę za to, że Anglia nie mógł przywitać go osobiście, spakować jego walizkę do bagażnika i wyjechać z Londynu. Kucharz, który pracował ostatni tydzień, musiał kończyć przygotowywać obiad, a stół w jadalni czekał, zastawiony i przygotowany. Jeszcze był czas. Anglia początkowo dawał sobie pół godziny na dokończenie pracy i zajrzenie do skrótów wiadomości, które jego asystent przygotował na podstawie amerykańskiej i kanadyjskiej prasy, ale nagle odkrył, że nie potrafi się na niczym skupić. Przesegregował dokumenty, które pozostały mu na biurku, odłożył wieczne pióro, a później wstał i nieśpiesznie podszedł do barku z alkoholami. Zamierzał sięgnąć po rum, ale nagle coś go tknęło i do szklanki polał się gin z tonikiem. W smaku był cierpki i gorzki, ale przypomniał Anglii czasy, gdy zajmował Indie. Wtedy też pił obrzydliwy w smaku gin, cierpki, ale tani i powszechnie dostępny, a w połączeniu z tonikiem niemal strawny. Dziś alkohol przyniósł ze sobą wspomnienie dusznych upałów, zapachów wonnych przypraw, piasku i indyjskich nocy. Anglia uśmiechnął się mimowolnie na tamto wspomnienie, myśląc o sobie na statku, o królowej Wiktorii i o tym, jakie wszystko było wtedy proste.
Kiedyś świat kręcił się sam. Większe plany były niepotrzebne, jedno wydarzenie nakręcało drugie, każda akcja powodowała reakcję, wszystko wydawało się jasne, proste i uczciwe. Złoto było potęgą, słabszy mógł zostać pokonany przez silniejszego, ale nikt nie miał o to pretensji.
A teraz? Teraz Hindusi czepiali się przeklętej soli. Łamali jego prawo kolonialne, urządzali marsze i uważali, że mogą pozwolić sobie na wszystko, łącznie chyba z niepodległością. Teraz kryzys finansowy rozlewał się po całym świecie, funt upadał, nikt już nie potrzebował angielskich statków. Bezrobocie na jego własnych wyspach sięgało ponad dwóch milionów ludzi. Nawet ta posiadłość...
Anglia podszedł go otwartego okna i spojrzał na rozległy ogród. Pod oknem jego gabinetu rosły pieczołowicie przycinane krzewy róż, których intensywny zapach dobiegał go teraz, zmieszany z świeżą wonią deszczu i mokrej ziemi. Ten wielki dom, który Anglia utrzymywał od stuleci, miał zostać opuszczony niedługo po wyjeździe Kanady. Tylko dla niego Anglia w ogóle postanowił pozostać tutaj jeszcze przez pewien czas. Nie chciał sprawiać wrażenie kogoś, kto chwilowo nie może pozwolić sobie na życie w pełnym luksusie. Musiał pokazywać ludziom, że nie przestał być sobą.
Więc, chociaż od przyszłego tygodnia, miał przeprowadzić się do piętrowego domu w Londynie, to dziś wciąż jeszcze był tutaj.
Co za cudowna epoka, pomyślał. Tym razem usłyszał szelest kół zatrzymujących się na żwirowanej drodze. Drgnął i, po chwili nadsłuchiwania, pozostawił na parapecie szklankę z niedopitym dżinem. Później zszedł na dół. Do tej pory niewiele myślał o przyjeździe Kanady; dopiero teraz wrócił do niego cień wątpliwości. Już wcześniej wiedział, że Matthew nie chciałby zawracać mu głowy, gdyby nie uważał, że ma do powiedzenia coś ważnego. Może Anglia stał się ostatnio trochę zbyt cyniczny, ale nie przypuszczał, by tą ważną rzeczą były zaległe życzenia urodzinowe.
Więc, czy po tych wszystkich latach lojalności, Kanada postanowił w końcu go zawieść? Nie. Nie zrobi tego. Anglia nie zamierzał mu na to pozwolić.
Przed wyjściem chwycił jeszcze parasol, który rozłożył na progu. Wejścia pilnowały dwa kamienne lwy z szeroko otwartymi paszczami. Anglia machinalnie przesunął dłonią po łbie jednego z nich, a następnie spojrzał z góry, jak na dziedzińcu kierowca próbuje jednocześnie trzymać nad Kanadą parasol i zabrać z bagażnika jego rzeczy. Wyobraził sobie, że dla Matthewa to musi być krępujące.
Uśmiechnął się krótko pod nosem i, trochę z litości, podszedł do nich pierwszy.
— Kanado – przywitał się oficjalnie. W rzeczywistości obecność Matta przeważnie rozluźniała Anglię, mimo, że ta znajoma twarz sprawiała, że, czasem niesłusznie, miał wewnętrzną ochotę, by napluć na niewłaściwą parę butów. Teraz zdusił w sobie myśl, że Kanadę i Amerykę łączy równie wiele, co ich dzieli. Gdyby to Stany dziś przyjeżdżał, to Anglia nie wyszedłby mu na przywitanie. Ale to był Kanada, więc...
— Nie przejmuj się tymi bagażami, Eric zaniesie je do twojego pokoju. – Podszedł jeszcze bliżej, by Matthew mógł schronić się pod jego parasolem. Z bliska jeszcze raz spojrzał mu w twarz. – Mam nadzieję, że podróż minęła ci bez przeszkód.

__
Przepraszam, że wyszedł taki długi D: Nie przejmuj się tym.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kanada

avatar

Liczba postów : 32
Join date : 29/06/2016

PisanieTemat: Re: Londyn, wrzesień 1930   Wto Sie 02, 2016 2:21 pm

Nie miał żalu do Anglii, gdy nie przyjechał osobiście na lotnisko, by go odebrać. Nie było to konieczne, a i Kanada doskonale zdawał sobie sprawę, że ten musiał mieć dużo na głowie. Ostatnio sporo się działo i był wdzięczny za sam fakt, że postanowił poświęcić mu jednak trochę czasu. Przywitał się za to uprzejmie z kierowcą i przez pierwszy moment próbował go przekonać, że naprawdę poradzi sobie sam z bagażem, jak i z włożeniem go do bagażnika. Potem równie szybko przeprosił, bo doszedł do wniosku, że to mogło być niemiłe i źle odczytane, jakoby nie był zadowolony z jego chęci pomocy.
To wszystko przez zdenerwowanie, tak sobie Kanadyjczyk to tłumaczył, przepraszając dla pewności drugi raz i woląc przez całą podróż do angielskiej posiadłości siedzieć już cicho. Jednocześnie miał okazję poobserwować okolicę, z czego skorzystał, bo nie miał pewności, kiedy będzie do tego kolejna okazja. Nie miał w zwyczaju przyjeżdżać do Europy i to już nie tylko dlatego, że podróż była wyjątkowo długa i męcząca. Mimo wszystko jawiło mu się to jako obce a jednocześnie paradoksalnie bliskie miejsce. Chyba z tego powodu czuł się tu nieswojo, lekko zaciskając dłonie w pięści i próbując odgonić od siebie natrętnie myśli.
To, co zamierza zrobić jest słuszne i konieczne, nie mówiąc już, że równie potrzebne i nie może w tym momencie zrezygnować. Nawet jak na widok angielskiego domu miał ochotę zmienić zdanie i równie szybko się wycofać. W tym samym momencie przypomniał sobie własne postanowienie i wszystkie targające nim emocje, które pomogły mu wysiąść bez widocznego zawahania z samochodu. Tym razem jednak postawił też na swoim i zapewne wbrew zapewnieniom kierowcy, próbował przechwycić od niego parasolkę, chcąc chociaż tak pomóc, podczas gdy ten wyciągał bagaż. Właśnie przez to dostrzegł Anglika stanowczo za późno i nagle w ogóle nie poczuł się gotowy do konfrontacji. Pomimo tego, uśmiechnął się na jego widok, bo nieważne, jak potoczy się wszystko dalej, miło było zobaczyć swojego opiekuna. Jeszcze nie do końca byłego.
Witaj. – Inne kwestie, łącznie w próbami przechwycenia tej parasolki, nagle przestały się liczyć i lekko też skinął głową w ramach powitania. – A, bagaż, tak, to żaden problem, znaczy- Dziękuję. – Zwrócił się chyba do obydwu mężczyzn, czując się odrobinę zażenowany i równie szybko znajdując się obok Arthura.
Co do podróży, minęła bez żadnych problemów, tylko um, była dość długa. – Wyjaśnił ciszej, spoglądając raz jeszcze na stojącą przed nimi budowlę. Matthew wyglądał na zmęczonego, ale na pierwszy rzut oka można było się domyślić, że to wcale nie podróż tak na niego wpłynęła. Ten cały kryzys... nieważne jak bardzo Kanadyjczyk chciałby udowodnić, że ich kraje wcale nie są ze sobą aż tak powiązane, wystarczyło pasmo niepowodzeń w Stanach Zjednoczonych, by uderzyło to w Kanadę z prawie taką samą siłą. Na dzień dzisiejszy nadal czuł się wręcz chory i starał się hamować wszelkie odruchy kaszlu. Nie zawsze się to udawało i zazwyczaj pojawiło się w nieodpowiednim momencie. Na przykład teraz.
A niech cię, Alfred, zjedzą bobry. Oczywiście tak naprawdę nie życzył mu czegoś takiego, to tylko myśli stworzone pod wpływem chwili, gdy zasłaniał sobie usta i odchylił głowę jak najbardziej na bok.
Wybacz- To naprawdę ładna okolica, jak i posiadłość. – Po ponownym wyprostowaniu, uśmiechnął się już odrobinę pewniej.
Nigdy, ale to nigdy nie chciał zawieść Anglii w żadnej sytuacji.

__
Nie przepraszaj, wszystko jest świetnie :c

_________________

Sorry, eh.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Londyn, wrzesień 1930
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Hehetalia :: Cały świat! :: Rozgrywki historyczne-
Skocz do: